Przeskocz nawigację

1. Biada Biada | 2. 888 | 3. Słowo | 4. Lew Hadasz | 5. Psalm 108 | 6. Miłość | 7. Nie umrę | 8. Emmanuel | 9. Debora | 10. Wyjdź | 11. Jestem z tobą | 12. Psalm 63 | 13. Wojna | 14. Homilia Melitona

Ocena: 8.5/10

Była Cierniografia Kredek, należy oddać teraz sprawiedliwość stronie chrześcijańskiej, na którą czekaliśmy trochę czasu. W gruncie rzecz, jeśli pominąć Paschę 2000 Tour i Propagandę Dei, to czekaliśmy na nową płytę Tymoteusza 6 lat. Efekt? Hmm… Powiedzieć, że powala to może będzie lekka przesada, ale daje mocnego kopniaka. Cholernie mocnego, biorąc pod uwagę pewne zawirowania stylistyczne, jakie się pojawiły na krążku.

Nie lubiłem Propagandy Dei za elementy reggae. Chyba nie muszę mówić, że kiedy dostałem 888, to z największą trwogą wsłuchiwałem się w każdy utwór, czy przypadkiem zaraz nie usłyszę nachalnego rytmu i instrumentarium. Bogu dzięki raczej nas to ominęło. W gruncie rzecz materiał ten jest wręcz czymś odmiennym – Biada Biada miejscami zbliża się niebezpiecznie do death metalu (ale zatrzymuje się jeszcze na granicy wytyczonej przez punk, zatem po prostu przez głowę przechodzą tylko myśli o tym, jakby to wyglądało z growlem i jeszcze cięższymi gitarami…). Z kolei tytułowe 888… Cóż, jeżeli ktoś mi nie wierzy, że Dani Filth pasowałby stylistycznie do chrześcijańskiego metalu, to tutaj może się przekona. Jest dialog w tekście i jest prawie blackmetalowe grzanie w gary. Stylistycznie zatem charkot Filtha byłby zrozumiałym i logicznym uzupełnieniem. Ideowym? Hmm… Chyba by się facet nie zgodził na wzięcie udziału w czymś takim…

Potem, na szczęście, robi się trochę normalniej. Mamy potężne brzmieniowo Słowo, rockujące Lew Hadasz, znów – dla odmiany – prawie powermetalowy Psalm 108… Godnymi wspomnienia są tutaj jeszcze wyjątkowo dziwny Emmanuel (początek na fujarce… tylko, że potem coś za bardzo mam skojarzenia z pewnym znienawidzonym nurtem… ale refren jakoś to wynagradza i jest dobrze) oraz instrumentalne Wyjdź, swoiste intro do Jestem z tobą. Jako ciekawostkę dorzućmy jeszcze Wojnę brzmiącą prawie niczym Kult (no, oczywiście stylistyka jest wciąż uparcie Tymoteuszowska) i imponująca Homilia Melitona.

Wnioski? Cóż, po pierwsze dobrze, że da się grać ostrą muzykę i słuchać o szatanie trochę inaczej, niż zwykle. Mamy tutaj przede wszystkim objawienie miłości Bożej w wersji hardcore, które może odrzucić niektórych. Nie chce mi się wchodzić w dywagacje, dlaczego łatwiej jest słuchać ludziom epitety w stylu „clockwork Christ” (Babalon A.D. by Knedle), niż dziękczynienia skierowane w stronę Boga. Jak komuś nie przeszkadza to jednak, to naprawdę polecam. 8.5, bo album jest i za krótki i stanowi po prostu logiczną kontynuację poprzednich poczynań zespołu. Na obronę trzeba rzec, że doskonale się go słucha i naprawdę nie widzę powodu, dla którego nie powinni się ludzie zapoznać z nim.

f!eld

%d blogerów lubi to: