Przeskocz nawigację

1. Citizen of the Planet
2. Underneath
3. Straitjacket
4. Versions of Violence
5. Not As We
6. In Praise of the Vulnerable Man
7. Moratorium
8. Torch
9. Giggling Again for No Reason
10. Tapes
11. Incomplete

Ocena: 8/10

Alanis, po spektakularnym wtargnięciu na scene muzyczną lat ’90 z albumami „Jagged Little Pill” i „Supposed Former Infatuation Junkie”, i ich globalnym sukcesie, przemieniła się w artystkę poszukującą, żeby nie powiedzieć drepczącą w miejscu za zgubionym pieniążkiem zmiennej fortuny. Przynajmniej takie wrażenie pozostawiła bacznym obserwatorom karier, gdy tymczasem ani na trochę nie ustąpiła jeśli chodzi o twórczość bardzo osobistą i świadomą. Choć jakby na przekór zamiarom, niedawny „So-Called Chaos” rozpuścił się niepostrzeżenie w ówczesnych muzycznych realiach. Lecz nadszedł czas, kiedy to życie osobiste pchnęło Alanis na głębokie wody.

„Flavors of Entanglement” to pod wieloma względami wywrót o 180 stopni. Do ścisłej współpracy nad materiałem zostaje zaproszony magik elektroniki Guy Sigsworth, którego duet z Imogen Heap znany jako Frou Frou na tyle zafascynował Morissette, że ta bez oporów pod jego przewodnictwem wprowadziła swą muzykę w metropolie komputerów, a dzięki jej rockowej charyzmie było to rozwiązanie skazane na sukces. Singiel „Underneath” to skromna wizytówka, powiedziałbym, że wręcz myląca. Mimo, że muzyka jest typowo jej, a oprawa typowo jego – to dopiero przygrywka. Na szczęście album rusza od razu linią szybkiego ruchu – „Citizen of the Planet” będzie terapią wstrząsową dla wielu. Już na starcie więc musimy się szybko decydować czy wskakujemy na ten odrzutowiec czy nie. A singiel „Underneath” zwalnia bieg albumu tylko na chwile, bo „Straitjacket” czy „Versions of Violence” to też jazda bez trzymanki. Zwłaszcza ten pierwszy ma smak mocno gazowanego energetyzującego toniku.

W tym momencie nagle zjawia się poważna, poruszająca piosenka „Not As We” – zupełnie inna od tego co dotychczas z prędkością dźwięku serwował nam „Flavors of Entanglement”. Fortepian i jej głos, nic ponad to i najszczerszą treść. Wyznaniowy charakter ma też „Torch”, który niemal urasta do rangi hymnu, rozpamiętując stratę w rozbrajająco ciepły sposób. Zmierzch oczekiwań i uczuciowych koneksji nadciąga z dwóch innych utworów (kto wie czy nie najlepszych na krążku) – niepokojącego miejskiego cienia „Moratorium” i „Tapes” namaszczonego zapachem jesiennej melancholii. Zaś ostatni rozdział, „Incomplete”, to osobny fenomem albumu. Akceptacja i nadzieja jaka eksploduje z tego krótkiego kawałka staje się wręcz namacalna i wypełnia sobą pamięć o tej płycie.

Zaskakujące jest w jaki sposób współpracują tu ze sobą dwie osobowości, ta dominująca i ta wykonawcza. Sigsworth nadał nowoczesnego wyrazu przekazowi Morissette, który tylko zyskuje na sile przebicia, jednocześnie omijając swa trajektorią lotu wszelkie typowe dla elektronicznych zwrotów karier pułapki, w które ładuje się wielu artystów, rozbijając sobie głowy o zepsute latarnie w okolicy wczorajszej dyskoteki. Alanis na szczęście doskonale wiedziała z kim stworzyć najwyborniejszy smak zaangażowania, upojny i wyostrzający zmysły jednocześnie.

Ver.

One Comment

  1. Miałam podobne odczucia, szczególnie jeśli chodzi o „Incomplete” – to taki mały klejnocik na końcu płyty :-)


Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: