Przeskocz nawigację

 
  1. Dark Road
  2. Love Is Blind
  3. Smithereens
  4. Ghost in My Machine
  5. Womankind
  6. Through the Glass Darkly
  7. Lost
  8. Coloured Bedspread
  9. Sing
10. Big Sky
11. Fingernail Moon

Ocena: 7.5/10

Doczekaliśmy się więc czwartego solowego albumu Annie Lennox – teraz każdy może zaśpiewać jak Annie przed laty, że ma „Legend in My Living Room”. Choć jak każdy wie, legendarny był bardziej Eurythmics niż dokonania solowe jego żeńskiej połowy. Jednak o ile poprzednie albumy przedstawiały pewną skrajność swej zawartości (od sztandarowych utworów po zaprawę tynkarską), to tym razem masowa destrukcja dosięgła tych betonowych reprezentantów. „Songs of Mass Destruction” to po raz pierwszy płyta na równym poziomie. 

To niesłychane, ale wokalnie Lennox brzmi jeszcze lepiej i na tym albumie śmiało to udowadnia. Ballady przestały być rzewne, gdyż próba szczerości przerodziła się w pewną formę buntu. Można rzec, że album to pewnego rodzaju manifest (na ile polityczny, a na ile muzyczny, niech określi każdy sam). Wracając do samych piosenek. „Dark Road” jako wprowadzenie na albumie nabiera rumieńców (może nawet przekonać początkowych sceptyków). „Love Is Blind” zaczyna od razu żywszą grę, by przygasnąć w balladzie „Smithereens”, a potem znów z fortepianem i akordeonem wybiega w przód zawadiackie „Ghosts in My Machine”. Chyba właśnie za to większość z nas uwielbia Lennox. 

Chwali się bardzo „Through the Glass Darkly”, które od razu buduje nastrój hotelowego pokoju i słodko-gorzkiego nokturnu w kolorach wieczorowego soulu, który Lennox w mig stara się zakamuflować za przymrużonym okiem i z lekka ironicznym tonem. „Lost” – melancholia i kaskady wokali (muszę przyznać, że bardzo trafione, w dorobku artystki w takiej konstelacji zupełnie nowe) – utwór w założeniu ma być wyciskaczem łez. Może i byłby bliższy sercu gdyby nie odniesienia do tytułowych akcentów wojny. Również „Sing” dotyka bliskich temu odniesień. Feministyczny manifest przeciw AIDS, wezwanie do afrykańskich kobiet z udziałem całego zastępu zachodnich gwiazd muzyki pop (w chórach pojawia się Anastacia, Fergie, Celine Dion, KT Tunstall, Melissa Etheridge, choć rozpoznawalna jest chyba tylko Madonna). Nóżka chodzi, nucimy refren – jest dobrze. Pytanie na jak długo. Bardziej nowocześnie i synthowo robi się w „Coloured Bedspread” i wcale nieźle to wychodzi. Annie kiedyś wspomniała, że ma ochotę na współpracę z Mobym – mogę tylko przyklasnąć. Danie nura w konkretną stylistykę mogłoby zaowocować czymś genialnym. Końcowy „Fingernail Moon” to kołysanka, jakiś amerykański klub po zamknięciu, lata 80’… 

Jednak jeśli ktoś oczekiwał rewolucji zawiedzie się srodze, gdyż mimo nadal świetnego wokalu, kilku nowych pomysłów i ogólnej klasy wykonania to ta sama stylistyka – profesjonalny pop w odcieniu amerykańskim, przywodzącym na myśl filmowe hity wcześniejszych dekad. A z celową nutą anachronizmu jest tak, że zarówno cieszy, jak też drażni. Tym razem Annie Lennox się już tym nie przejmuje, gonić małolat po schodach Billboardu nie zamierza, a i tak niewiele z nich może jej dorównać. Nadal.

Ver.

%d blogerów lubi to: