Przeskocz nawigację

  1. Life Burns! (feat. Lauri Ylonen)
  2. Quutamo
  3. Distraction
  4. Bittersweet (feat. Lauri Ylonen & Ville Valo)
  5. Misconstruction
  6. Fisheye
  7. Farewell 
  8. Fatal Error
  9. Betrayal/Forgiveness
10. Ruska
11. Deathzone

Bonus:
En Vie
How Far
Wie Weit
Life Burns! (instrumental)
Bittersweet (acoustic)
Bittersweet (instrumental)
Deep Down Ascend
Kellot

Ocena: 3/10

Najnowsza płyta dzielnego tria definiuje sama siebie aż na 5 sposobów: Apocalyptica (a więc tytuł) – bo apokalipsa, okładka – bo dno (a przynajmniej niezła dziura) oraz tytułami utworów: Life Burns! – bo odechciewa się od razu żyć, Bittersweet – bo nie wiadomo, jakie mają być odczucia, Misconstruction i Fatal Error – bo tak chyba należy odebrać to antydzieło.Na wstępie już tylko zaznaczę, że nie powinniście kupować Special Edition. Bo to pieniądze wyrzucone w błoto. Niby mamy trzy bonus tracki, a okazuje się, że jest to Quutamo w dodatkowych wersjach – po niemiecku i angielsku (gdzie można oszaleć z powodu kiepskiego wokalu Marty – dziewczyna strasznie głośno oddycha) oraz francusku (o dziwo – rewelacyjnie… jeżeli ktoś lubi chropawy głos. Chociaż i tak Manu nie przebije sławetnej Sandry Nassic). Słuchanie tego samego pod rząd trzy razy może doprowadzić do szału. Dodajmy tylko, że i z tymi utworami Apocalyptica trwa tyle, co porządna epka – czyli niewiele ponad 40 minut. Arrrrghhh… I śmią to nazywać longplayem…

Wygląda też na to, że Finom sława uderzyła do głowy. Zaprosili dwóch najsławniejszych rodaków (z dziedziny muzyki, oczywiście ;) do współpracy, a efekt wyszedł nijaki. No, może tylko ciekawić fakt, że mnie na przykład wokal boskiego Lauriego nie wkurzał tak, jak przy „In the Shadows”. Dziwi tylko to, że dano te płody regularnie na albumie, zamiast, jak to do tej pory było w zwyczaju, jako bonus tracki. Tym bardziej, że instrumentalne wersje utworów już mogą się podobać.

Poza tym jest niewiele lepiej. Jedyne dobre kawałki to Fisheye, Misconstruction i Ruska. Farewell, śliczna ballada, zniechęca jednak monotonnością, natomiast Deathzone mogłoby być o połowę krótsze i nikt by nie zauważył. Należałoby jeszcze tylko zwrócić uwagę na Betrayal/Forgiveness. Muzycy cofnęli się chyba do poziomu Cradle of Filth z okresu Vempire, czy Bitter Suites to Succubi – straszna blackmetalowa sieczka. Ciekawe, że nie zaproszono Daniego Filtha albo chociaż kogoś z Children of Bodom (bo tekst nawet został napisany…). Nawet Dave Lombardo tu nie pomaga. Bonus tracki – Kellot i Deep Down Ascend – też są średnie i nudne.

Wniosek? Apocalyptica znalazła swój styl na Cult i na Reflections. Nie wiadomo, dlaczego chcą chyba go porzucić na rzecz trashu. Gdyby to jeszcze był styl Rammsteina, mogłoby być ciekawie, bo oba zespoły nieźle się uzupełniają (polecam Mein Herz Brennt z udziałem Apoków). A tak – zero liryzmu, za to mnóstwo łupaniny. I pretensjonalności. Jedyne, co zostało fajne, to promo picsy, okładki płyt i książeczka. Książeczki jednak nie da się słuchać, a gapić się na okładkę… ileż można? Pozostaje tylko czekać na Special Revised Edition, która się pewnie pojawi. Jako ciekawostka lub jako koszmar z otchłani działu marketingu.

f!eld

%d blogerów lubi to: