Przeskocz nawigację

1. Solitaire | 2. Rule the World  | 3. Ghost Opera | 4. The Human Stain | 5. Blücher | 6. Love You to Death | 7. Up Through the Ashes | 8. Mourning Star | 9. Silence of the Darkness | 10. Anthem | 11. EdenEchoOcena: 10/10

Przez youtube jakiś czas temu przetoczył się teledysk, w którym w operze miało miejsce skrajnie dekadenckie i wyuzdane widowisko. Jeśli ktoś zapamiętał pełne przepychu jej wnętrze i zakręcony steampunkowy klimat, to pewnie i zwrócił uwagę na to, że było to dziełko amerykańskiego Kamelotu. 

A to tylko jeden utwór z programowych dwunastu. Wszystkie są pełne przepychu w okiestracji i pomyślunku. I tak trafiamy na skrzypcowe Solitaire przeradzające się we wściekłe Rule the World. Kolejnym utworem jest pierwszy singiel – czyli Ghost Opera. Trzeba tutaj zaznaczyć, że obecność Amandy Sommerville – cokolwiek homeopatyczna – wypada co najmniej porównywalnie z Simone Simons, którą najwyraźniej słychać na Blucher. Trudno powiedzieć, czy nie lepiej byłoby, gdyby Simone miała tyle do powiedzenia, co na, choćby, Epice tego samego zespołu, niż zostawić ją tak zepchniętą i wtórującą fenomenalnemu zresztą Kahnowi (nawiasem mówiąc – Kamelot na scenie muzycznej jawi się jako wyjątkowa efemeryda z racji tego, że na wokalu ma nie sopran, ale tenor). Drugim słabym punktem albumu jest ballada Love You to Death. Akurat jeśli chodzi o tą płytę, najmniej zapada w pamięć. Owszem, jest poprawna, wpada w ucho, jednak przy takim Anthem wysiada natychmiast.

A Anthem z kolei – piosenka napisana przez Roya dla swojego syna – jest po prostu cudowną, delikatną modlitwą z refrenem wwiercającym się w ucho. Tak zresztą jest z każdą piosenką – żeby tu wspomnieć choćby genialne EdenEcho, czy pełne patosu i siły Up Through the Ashes. Biorąc pod uwagę jeszcze teksty, aluzje, czy też problemy, które prezentuje się na tym albumie (jak choćby fenomenalnie jak na metal napisane The Human Stain), mamy prawdziwą rodzynkę. Wszystko (no, prawie) dopracowane w najdrobniejszym szczególe – wyważone, pełne mocy i pasji. No i tego dekadentyzmu.

Powinienem coś tam obniżyć za Love You to Death, ale w gruncie rzeczy szkoda by było. Bo od pół roku płyta non stop gości w prawie pełnym składzie u mnie w ipodzie. Cud, miód i orzeszki. 

f!eld

%d blogerów lubi to: