Przeskocz nawigację

1. Libre | 2. Equilibrium | 3. The Wretched | 4. Cure | 5. Circus | 6. Shadowman | 7. The Gate | 8. Endogenisis | 9. Bird

Ocena: 9/10

Wyobraźcie sobie walec, który was wgniata prosto w asfalt i nie pozwala na podniesienie się z powrotem, bo zaraz wróci na miejsce. I tak jeszcze siedem razy. Witamy w piekle, czyli pośród popiołów Tristanii. 

Po tym, jak Veland odszedł z Tristanii, Einar zmajstrował jeszcze jeden album, który nawiązywał do poprzedniej stylistyki, by na Ashes definitywnie odciąć się od pompatycznego klimatu. W tym nowym, cokolwiek jeszcze bardziej ciężkostrawnym daniu, sos chórów i symfoniki został zastąpiony piekielnym żużlem. Niby jest bardziej asetycznie (z orkiestry ostała się właściwie wiolonczela), a jest zamiast lżej – bardziej psychodelicznie. Już otwarcie wybija się z dotychczasowych ram – piosenka, nawiasem mówiąc skomponowana przez webmastera strony zespołu, atakuje nas wrzaskami Kjetila i psychotycznym riffem wwiercającym się głęboko w mózg. Jeśli ktoś zapoznał się z Libre również od strony wizualnej, to tym gorzej dla niego, bo rytmiczne skoki obrazu co ułamek sekundy potrafią przyprawić o apopleksję. 

I tutaj burza się kończy. Dalej mamy powolne, akustyczne Equilibrium, które dopiero pod koniec się trochę rozkręca. Trochę – nie znaczy, że znacznie. Tutaj nie będzie galopowania jak na choćby Lost. Ashes to zupełnie inna półka. Tempo zostało zastąpione ciężarem, pompa – konceptem. 

I tak w Engodenisis zaczyna się wszystko akustyczną gitarą, The Wretched jako jedyne ma namiastkę chóru w refrenie – jest to jednak chór dekadencki, piekielny – Kjetil, Osten i Vibeke – growl, bas i sopran. Wyśpiewują powoli w ekstazie swoją partię. Cure jest z kolei typowym przykładem psychodelii, której poziomu żaden kolejny utwór w dyskografii zespołu nie osiągnął – bo jak inaczej określić balladę, która przypomina bardziej nie tęskne łkanie, ale agonalne jęki? 

Można by tak po kolei jeszcze poświęcić uwagę każdemu utworowi. Ja zwrócę uwagę tylko na jeden – Circus. Istne panopticum – rzężące gitary, subtelne klawisze i głos jak zza zasłony. Diabli wiedzą, gdzie zawędrował umysł Einara podczas pisania tego. Nawet spokojny Shadowman przeistacza się we wściekłą bestię. Ashes brzmi jak wypiski z psychoanalizy Freuda, a dokładniej – z działu poświęconemu id. Jeżeli Ataraxia na „Paris Spleen” prezentowała stan umysłu artysty po opium, to na Ashes opium zastąpiono krzesłem elektrycznym i pavulonem. Horror i szczytowe, jak dla mnie, osiągnięcie Tristanii. Zdecydowanie nie na słabe nerwy.

f!eld

%d blogerów lubi to: