Przeskocz nawigację

1. Prologue (Apprehension)
2. No Education
3. Faraway
4. Somewhere Around Nothing
5. Drive
6. Cohkka
7. Conclusion
8. Ressurection
9. Heat
10. Cortége
11 Pandemonium
12. Toreador II
13. Epilogue (Relief)

Revised (dvd):
14. Seemann feat. Nina Hagen (Rammstein cover)
15. Faraway vol. 2 feat. Linda Sundblad
16. Delusion
17. Perdition
18. Leave Me Alone
19. Faraway vol. 2 feat. Linda Sundblad (video edit)
20. Faraway vol. 2 video
21. Seemann video
22. Somewhere Around Nothing video

Ocena: Reflections: 9/10 /Reflections Revised 8/10

Jeżeli Cult w dorobku Apocalyptiki stanowił kamień milowy, to Reflections było co najmniej dobrym wyborem na drodze rozwoju. Jeżeli nie czymś więcej. Otrzymaliśmy bowiem naprawdę łakomy dla fanów kąsek zawierający to, co tygryski lubią najbardziej. Muzyka jest świeża, ostra, dynamiczna i naprawdę daje niezłego kopa już na początku. Najpierw jest piekielne Prologue, potem już delikatniejsze No Education. Wątek sieczki ciągnięty jest konsekwentnie przez Somewhere Around Nothing i Cortege. Dodajmy tylko, że nie jest to bezmyślny trash, ale po prostu ostry podkład z liryczną wiolonczelą ciągnącą piękną melodię. I to się tyczy właściwie każdego utworu – także lekko grungowatych Ressurection i Heat. Ciekawostkę wśród dynamiczniejszych utworów stanowi Toredor II, remix można by powiedzieć Toreadora z Inquisition Symphony. Żeby jedna powiedzieć prawdę, to muszę stwierdzić, że Toreador i Toredor II łączą w zasadzie tylko tematy muzyczne. Poza tym są to praktycznie dwa różne, ale jednocześnie w jakiś sposób wspólne, utwory – pierwszy bardziej surowy i psychodeliczny, drugi – rozpaczliwy, barokowy, liryczny. Moim zdaniem Toreador II jest, obok Cortege i Faraway, najlepszym utworem na podstawowym albumie. Ten drugi bowiem to istny majstersztyk – najpierw spokojny, budujący napięcie, niczym na tytułowym pogrzebie, zmieniający w się rozszalałe tornado dźwięków, by następnie opaść i stać się na powrót delikatnym, posępnym utworem.
Co innego Faraway – to przepiękna ballada z udziałem fortepianu. Jest cicho, lirycznie aż do końca. Inaczej nie można tego określić. Utworu można by słuchać w nieskończoność. Apocalyptica w ogóle pokazuje co potrafi na tym albumie właśnie w balladach i balladopodobnych. Cohkka urzeka klimatem spokoju, Conclusion to smutny utwór opisujący jakby moment, w którym człowiek pojmuje, jak niewiele znaczy wobec całej rzeczywistości, jaka go otacza… I wreszcie Epilogue (Relief), które jest jakby wytchnieniem po szaleńczym Toreador II.

Refleksje to jeden z chyba najbardziej osobistych albumów, jakie słyszałem. Delikatny, ale posiadający siłę, która uderza. I skłania właśnie do tytułowej refleksji. Nad muzyką. Nad wszystkim. Dziewiątka z czystym sumieniem.

Gorzej ma się sprawa z wersją Revised. Na dodanym DVD otrzymujemy po kolei: cover Rammsteina, 3 bonus tracki i Faraway z wokalistką. Co do pierwszego utworu nie mam zastrzeżeń – świetnie on brzmi z gardłowym głosem Hagen; jedyna wada to może ta, że wokalistka się za bardzo wczuwa w rolę i trochę za ostro śpiewa – a przecież tekst nie tratuje o rzezi. Gorzej z drugim „uwokalnionym” utworem. Dla mnie sam fakt zaśpiewania Faraway to profanacja, ale sposób, w jaki Linda to śpiewa… Niby nie jest źle, ale trochę się kobieta rozmija z rytmem, głos też jej bardzo nie pasuje. Zresztą – tekst jest dobry, ale nie wiem, czy ktoś mógłby go zaśpiewać. Nie znam żadnej wokalistki, która by sobie poradziła z tym. Nawet nieodżałowane Tarja Turunen i Sharon den Adel, które stanowią już swego rodzaju instytucję na scenie muzycznej. No cóż, jesteśmy jednak skazani na słuchanie utworu dwukrotnie, bo i druga wersja to ta dopasowana do 3,5-minutowego teledysku. No właśnie, a propos teledysków – obok tego do Seemann i do Faraway mamy jeszcze teledysk do Somewhere Around Nothing. Ten ostatni to efemeryda, bo nakręcony do instrumentalnego utworu przyciąga ciekawą fabułą i dobrze się go ogląda (głównie dzięki pięknym widokom). I wypada, o dziwo, najlepiej z tych trzech zaserwowanych na dvd. Seemann pogrąża fakt istnienia sukienki Hagen (i w ogóle jej image’u). Królowa niemieckiego punka wygląda tutaj bardziej już jak Drag Queen. Okropność. Co do Faraway – niby jest ładnie, dramatycznie, Linda też spełnia swoją rolę, to jest wije się i wdzięczy do kamery, ale Paavo, Eicca i Perttu przebrani za Arabów i grający pośrodku pustyni (dosłownie) na wiolonczelach wywołują śmiech, który towarzyszy przez cały teledysk. Dopiero za drugim razem można być zadowolonym i skupionym.

Osobną sprawę stanowią Delusion, Perdition i Leave Me Alone. Utwory są rzeczywiście średnio nadające się na główny album – zbyt psychodeliczne, przypominające bardziej awangardowe dokonania Rammsteina, Sisters of Mercy i Qntala (w tej kolejności), niż Apocalyptiki. Mi osobiście one nie bardzo podeszły do gustu, ale na ich obronę trzeba powiedzieć, że są przemyślane i w gruncie rzeczy dobre do odreagowania. Ewentualnie na kopa z rana ;)

Wersja Revised dostaje o jedno oczko mniej. Głównie za kiepską wersję Faraway vol. 2. Ale gdyby ktoś miał do wyboru oba albumy, to polecam jednak Revised. 10 złotych więcej, a dodatkowe pół godziny słuchania dobrej muzyki.

f!eld

%d blogerów lubi to: