Przeskocz nawigację

Avantasia: Part I

1. Prelude
(Intro)
2. Reach Out for the Light
3. Serpents in Paradise
4. Malleus Maleficarum
(Interlude)
5. Breaking Away
6. Farewell
7. The Glory of Rome
8. In Nomine Patris
(Interlude)
9. Avantasia
10. A New Dimension
(Interlude)
11. Inside
12. Sign of the Cross
13. The Tower

Avantasia: Part II

1. The Seven Angels
2. No Return
3. The Looking Glass
4. In Quest For
5. The Final Sacrifice
6. Neverland
7. Anywhere
8. Chalice of Agony
9. Memory
10. Into the Unknown

Ocena: Część I: 8/10; Część II: 6/10; całość: 7/10

Edguy nigdy nie grzeszył muzyką wysokich lotów. To, co zespół Tobiasa Sammeta prezentował na swoich albumach, można już prędzej by określić jako lekkostrawny power metal. Tobiasowi jednak zamarzyło się stworzenie czegoś ambitniejszego, no i w końcu doczekał się swojego.

Tadam! Oto Avantasia. W 2001 roku wydano pierwszą część, dwa lata później drugą. Bądźmy szczerzy: albumy można traktować oddzielnie, jednak nabierają sensu dopiero jako całość, choćby ze względu na to, że jest to opera. Czyli concept-album mający konkretną fabułę. A że opera to widowisko, coś ambitnego (jak już powiedziałem), to trzeba skrzyknąć odpowiednia liczbę gwiazd. No i się zrobił lekki kurnik. Ale o tym za niedługo. Na początek streszczenie fabuły: jest to historia siedemnastowiecznego zakonnego nowicjusza Gabriela, który trochę za dużo poczytał, podjudzony przez druida Vandroyiego, dowiadując się przez to o innym świecie zwanym Avantasią. W międzyczasie trafił do kicia, natomiast jego ukochana – Anna – okazała się być czarownicą, uczennicą Vandroyiego. Coś jeszcze? Jak to zwykle bywa, pojawia się również gromada kościelnych dostojników w osobie biskupa, papieża oraz całej bandy szlachciur, którzy również dowiedzieli się o Avantasii. Papież odkrył w Watykanie informacje o wieży, w której jakoby miał być zawarty klucz do panowania nad światem i do poznania Boga. Problem w tym, że Avantasia była regularnie niszczona przez to, co siedziało w wieży. A w wieży siedziało wredne Zło. Bardzo wredne, bo i wyposzczone. Zatem zaczęło kusić papieża. I go wykiwało. Na domiar złego Anna gdzieś zniknęła (w wieży…), a Gabriel zaczął wykrywać u siebie zaczątki schizofrenii. Jak się okazało, Regrin i Elderane nie byli wytworami wyobraźni, a wysłannikami Avantasii. Natomiast Gabriel był Wybranym, The One, posługując się terminologią braci Wachowskich. Tu się kończy część pierwsza opery. Część druga opisuje podróż Gabriela oraz grupy dostojników kościelnych i świeckich przez Avantasię. Dla tego jednego będzie to podróż życia, dla tamtych – bilet w jedną stronę.

Pierwszy album powinien się podobać miłośnikom lekkostrawnego power metalu. Już otwierające album Reach Out For the Light brzmi nieźle: odpowiedni refren, nasz dyżurny kastrat też sobie nieźle radzi. Potem wciąż wszyscy dobrze sobie radzą, świetnie się tego wszystkiego słucha, aż do pierwszego interludium, gdzie mamy lekki zgrzyt. Otóż Malleus Maleficarum bardziej przypomina stylistycznie Cradle of Filth (choćby osławione Venus In Fear), niż tandetny, cukierkowy power metal. Ponadto Breaking Away też już nie zachwyca. Utwór jest poprawny, ale zarzutem może być już spełniający wszystkie wymagania tandeciarstwa refren… Całości domyka koszmarne Farewell zaśpiewane w duecie z Sharon den Adel z Within Temptation w roli Anny (wiecie, była kiedyś na Polonii 1 puszczana taka japońska kreskówka, bodaj to chyba „Czarodziejskie zwierciadełko”, czy coś takiego – o karykaturalnie narysowanych, kwadratowych dziewczynkach, z których jedna z nich miała magiczne zwierciadełko. Tobias musiał chyba oglądać ten serial, bo refren Farewell jest po prostu bezczelną zrzyną z piosenki kończącej odinek). Na szczęście to tylko dwie nierówności, potem jest już co najmniej bardzo dobrze. Niezłe, lekko patetyczne (ironmaidenowskie w zwrotkach) Glory of Rome, tytułowa Avantasia ze świetnym, industrialnym początkiem (potem już gorzej, ale da się słuchać bez cukru na zębach) i wreszcie… monumentalne, dziesięciominutowe prawie The Tower. Zaczyna się jak film Hitchcocka – najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie. Świetnie zaśpiewane Alleluja, trochę powermetalowej jazdy w najlepszym wydaniu i te chóry… aaach… żeby cały album był taki, to by była i może 10. No, bez przesady. Tandeciarstwu można dać maksimum 9 ;)

Tobias niestety nie wywiązał się w drugiej części. Już opening – The Seven Angels – wywołuje lekkie przerażenie w słuchaczu. Mamy żonglerkę stylami, refren jak z wiejskiego wesela, potem tak kiczowaty śpiew Tobiasa do fortepianu, że przypomina to niezamierzony pastisz z Eltona Johna i do tego całkiem niezłe partie „złych” panów. Mieszane uczucia potęguje kolejny utwór – No Return, które ze swoim „Into the morning light/Illuminate the night etc…” wywołuje już nieskrępowany niczym atak głupiego śmiechu. Jak na razie początek się kompletnie nie broni. Potem już jest o wiele lepiej – Th Looking Glass z rewelacyjnym refrenem, niezłe In Quest For (btw: ballady w wykonaniu facetów to jednak nic dobrego, nawet Tallulah by Sonata Arctica jakoś mnie mierzi) i The Final Sacrifice, które przez swój średni refren znów obniża poprzeczkę. Neverland jest z kolei bardzo dobrym utworkiem, wpada w ucho… by zaraz potem mogło beznadziejnie wypaść Anywhere. Cóż, taki jest los powermetalowych ballad :P Końcówka trzech utworów – zwłaszcza przesyconego elektroniką Memory – pozostawia jednak pozytywne wrażenie. Zatem, mimo skrajnych nierówności, można wręczyć szósteczkę drugiej części opery.

Ostatecznie całości wystawiam ocenę ze średniej, chociaż gdybym chciał się uczepić, to nie należałoby wręczyć odpowiednio więcej, niż 7 w przypadku pierwszej części, maksimum 4, może 5 w wypadku drugiej, a całości 5.5. Prawda jest taka, że nie należy tego typu projektów – co pokazała Aina – traktować zbyt poważnie. Bo chciano zrobić coś podniosłego, a wyszedł… właśnie, kurnik. Trochę za dużo tych sław.

f!eld

%d blogerów lubi to: