Przeskocz nawigację

  1. Encounters
  2. Seven Lives
  3. Touchness
  4. The Same Parents
  5. Fata Morgana
  6. Hell’s Heaven
  7. La Puerta del Cielo
  8. Distorted Love
  9. Je t’aime Till My Dying Day
10. Déjà vu
11. Between Generations
12. The Language of Sound

Bonus Disc:

  1. Superficial
  2. We Are Nature
  3. Downtown Silence
  4. Sunrise
  5. The Language of Sound (Slow Mix)

4/10

Enigma, maszynka, niegdyś szyfrująca, a w naszym wieku muzyczna budziła wiele skrajnych emocji. Jednak w jednym i drugim przypadku szyfr został złamany. Niczego nowego spodziewać się po Enigmie już nie można. A jednak „Seven Lives Many Faces” chociaż na chwilę oddala moment przysłowiowego gwoździa do trumny. Ostatnie siódme życie jeszcze dycha.

Dycha, ale w żadnym razie nie będzie dychy na zegarach licznika wrażeń jakie towarzyszą przesłuchaniu płyty. Jak zawsze na początek zostajemy nieco zmyleni, Cretu to mistrz introdukcji (powinien zostać odźwiernym) – gdyż dźwiękowe podwoje otwierają się niczym przejście przez Morze Czerwone. Jednak gdzieś w połowie ten czar przestaje działać i powoli zaczynamy podmakać znużeniem. Trzeba szybko uciekać do drugiego utworu. Pierwszy singiel „Seven Lives” ma tylu wrogów, co zwolenników. Ośmielę zaliczyć siebie to tych drugich. Kiedy połowa tych, którzy przetrwali upadek stacji „A Posteriori” nie może znieść odejścia w stronę dubu (nie bez łubu), to inni (włącznie ze mną) docenią zastosowanie twórczego szyfru w komitywie z galopującym, kosmopolitycznym duchem czasów. Bo oto mamy utwór przekorny, z wypierdywanym, hip-hopowym bitem; i w momencie gdy już zdaje się, że mamy usłyszeć bluzgi w ulicznym slangu, dociera naszych uszu szarżująca London Symphony Orchestra. Utwór raz się czai, raz atakuje, to usuwa się w cień, to znów płynie na frazach fletów. Staje się nieprzewidywalny. Czego nie można powiedzieć o większości ścieżek na albumie.

Receptą na sukces „Seven Lives Many Faces” miała być wszechkulturowość, globalny wymiar klamry, która miała jednoczyć różnorodność dźwięków i kontynenty stylów. Otóż właśnie, miała. To, co słychać na pierwszym planie to chwalebne, ale zazwyczaj nieco apatyczne orkiestrowe weduty, bez których krajobraz Siedmiu Żyć rozsypałby się na chaotyczne kawałki (dobrym przykładem tego jest „Fata Morgana”, całkiem przyjemny atmosferyczny przerywnik, z którego pamiętam złowrogie orkiestrowe crescenda). Gitara znów przejawia się nam tylko szczątkowo w „The Same Parents”, dla zaznaczenia, że Cretu potrafi, ale nie więcej niż musi. Drugim i ostatnim jasnym punktem wartym wzmianki jest też singlowy uwtór „La Puerta del Cielo”. Pozwalam sobie postawić go wyżej niż bliźniaczo podobny, sztandarowy już „Return to Innocence”. Być może bardziej przemawia do mnie rzadki ptak katalońskiego dialektu i melancholijna atmosfera rozpamiętywania, niż indiańskie ekstazy w kosmicznym pyle.

Jest lepiej niż na „A Posteriori”, ale nadal fabrykanctwo widoczne jest jak na dłoni. Na miejscu autora nie przyznawałbym się nawet, że w sesji nagraniowej powstało 60 utworów, jako pula do wyboru tych 12 by stały się siódmą odsłoną Enigmy. Bardzo odczuwalne jest to na płycie bonusowej, która przypomina woreczek z akcesoriami dodawany do czasopism dla nastolatek, a nuż coś się przyda; choć nie powiem – „We Are Nature” z udziałem Ruth Ann może powinno się znaleźć na albumie zamiast obleśnego „Distorted Love”. Fakt, że spłodzenie 60 kawałków zajęło raptem półtora roku, ewidentnie świadczy o tym, że mamy tu do czynienia z techniką chybił-trafił. Trafił w dwa interesujące single, ale album zdecydowanie jest chybiony. Czyżby Game Over?

Ver.

%d blogerów lubi to: