Przeskocz nawigację


  1. Earth Intruders
  2. Wanderlust
  3. The Dull Flame of Desire
  4. Innocence
  5. I See Who You Are
  6. Vertebrae by Vertebrae
  7. Pneumonia
  8. Hope
  9. Declare Independence
10. My Juvenile

Ocena: 7/10

Nasza kochana Björk po tym jak umaczała palce w słonej morskiej wodzie z okazji pracy nad soundtrackiem do „Drawing Restraint 9”, nabrała nieodpartej ochoty na morskie wojaże. Zakupiła własną łajbę i wyruszyła w podróż od portu do portu. W dziesięć i pół volty dookoła świata…

„Volta” to, jak powiada sama artystka, album zrobiony dla przyjemności i zabawy, gdzie zerwano z konwencjami, konceptami i schematem. Zwiastowano rozbudowanie partii rytmicznych i większą dawkę instrumentów dętych, które znów wróciły do łask. To wszystko w rękach Björk może wyglądać jak recepta na bombę. Jednak nie do końca. „Volta” ma jeden grzech główny na sumieniu i jest to pewnego rodzaju uproszczenie, które pozwala sprowadzić ten album do wzoru „Post (rytmy) + Drawing Restraint 9 (instrumenty dęte, awangarda) w formie Homogenic (10 utworów o dość podobnym układzie)”. Nie stanowi to jednak większego problemu, gdyż miedzy tymi elementami zachodzi pewna korozja, z której zrodziła się szczypta osobliwej substancji, natychmiast przez Islandkę wykorzystanej. „Earth Intruders” to chyba najbardziej treściwy kawałek na albumie pod tym względem. Towarzyszy mu cudownie walnięte „Innocence”, które czuć Timbalandem na kilometr. Co ciekawe, oba utwory budzą skrajne emocje u fanów. Skrajności to zarówno błogosławieństwo jak i przekleństwo „Volty”. Utwory wulkaniczne, takie jak rewolucyjne „Declare Independece” (przy którym „Pluto” to grzeczna piosenka), są skonfrontowane z pieśniami, które zapraszają przestrzeń ciszy i szum deszczu (piękna „Pneumonia”). Jednak sen o Björk powracającej ze zdecydowaną melodyką w stylu „Jóga” się nie spełnił… płyta ciągnie za sobą nieco mielizny dysonansów, które na ‚Medúlli’ były usprawiedliwione ideą, a które tu meczą, zwłaszcza gdy kolejny raz z rzędu otrzymujemy muzyczny kubizm (z tego powodu nie prędko przekonam się do „Vertebrae by Vertebrae”, „My Juveline” i „Hope” które siłą rzeczy blakną na tle reszty).

Z drugiej strony nie mogę nie przyklasnąć pomysłowi wcielenia w te piosenki załogi instrumentów dętych, które dają wspaniały popis w „The Dull Flame of Desire” (choć jak to bywa, utwór ów ma tylu wrogów co zwolenników). Ja jednak kocham te 8 minut hymnu marynarki, który wcale nieźle łączy razem poezję i dostojność. Nie zgadzam się też z sądami iż duet z Antonym Hegarty bardziej tutaj szkodzi niż błogosławi.

Tym sposobem, „Volta” błyska egzotycznym archipelagiem możliwości, jednak nie tak jak można się było tego spodziewać, co pozostawia albumowi miejsce gdzieś na dalekim równoleżniku dyskografii. Bynajmniej nie można mówić o porażce, miało być „for fun” i jest, miało być pogańsko i plemiennie, i jest również. Wszyscy doskonale wiedzą, że Björk nie ogląda się za siebie, a ja mogę się założyć, że rejs ten zaczął się od wyrzucenia kompasu. Czy wyszło jej to na dobre, niech osądzi każdy sam.

Ver.

%d blogerów lubi to: