Przeskocz nawigację


  1. Under a Violet Moon
  2. Castles and Dreams
  3. Past Time with Good Company
  4. Morning Star
  5. Avalon
  6. Possum Goes to Prague
  7. Wind in the Willows
  8. Gone with the Wind
  9. Beyond the Sunset
10. March the Heroes Home
11. Spanish Night (I Remember It Well)
12. Catherine Howard’s Fate
13. Fool’s Gold
14. Durch den Wald zum Bach Haus
15. Now and Then
16. Self-Portait

Ocena: 8/10

Ślag. Cytując Terry’ego Pratchetta. Ślag, bo oto porządny zespół wydaje porządną płytę, a ja, jadąc z ciotką do Warszawy, skazany byłem na słuchanie albumu w kółko… Efekt? Mizerny, ale postaram się ocenić to przede wszystkim chyba przez pryzmat pierwszego albumu Blackmore’s Night, jaki usłyszałem. Te sentymenty…

Na dzień dobry więc przeżyłem ciężki szok, słuchając typowo wręcz ogniskowego Under a Violet Moon. Trochę wokalu, ciutkę patetycznych chórków i jeszcze klaskanie dłońmi. Potem już jest trochę równiej. Problem w tym, że Blackmore i Candice przy tworzeniu pięknych, folkowych melodii, nie ustrzegli się przed syndromem za dużej ilości utworów. Mamy zatem kilka tytułów, których nie można sobie przypomnieć po kilkukrotnym nawet przesłuchaniu (np. Avalon czy Catherine Howard’s Fate). Z drugiej jednak strony, od albumu bije ten nieodparty urok lekkości i radości towarzyszącej nagraniom. Są piosenki drapieżne, świetnie wpadające w ucho – Morning Star, czy Spanish Night, są i delikatne balladki. Są również kawałki drażniące patetycznym podejściem muzyków, jak Gone with the Wind (nawiasem mówiąc sam jest rewelacyjny, tylko intro do niego sprawia wrażenie, jakby go wyjęto z tandetnego filmu o krzyżowcach. Cóż, taki los pomysłów…).

Nasuwa mi się tutaj pewna refleksja, która, ciągnąc się przez całą dyskografię, najmniej tutaj chyba się rzuca na myśl, ale gdzieś musi być zaznaczona ;) Otóż, po pierwsze, Blackmore nie bawi się w czyszczenie dźwięku – i dobrze. Słychać każde ślizgi palców po gryfach gitar, skoki smyczków, każdą nieczystość widać, jak na dłoni. I dobrze, powtarzam, bo dzięki temu człowiek zbliża się niejako do wykonania. Jest ono jakby cieplejsze, mniej techniczne (i udowadnia, że te dzikie solówki i piekielne tempo – Possum Goes to Prague – to nie komputerowo-syntezatorowe efekty).

Po drugie zaś, co też się ceni – i co też widać najmniej na Under a Violet Moon – Blackmore sięga po folk z całego świata, nie ogranicza się do skakania Irlandczyków po koniczynce. Też wspaniale, bo obok celtyckich – lekko patetycznych – pień, usłyszymy arabskie wtręty (jak choćby na I Still Remember z Fires at Midnight, żydowskie tańce rytualne (i tu znów Fires at Midnight, tym razem The Storm), czy puls hiszpańskiej krwi – Spanish Night. Brak może być niby tylko wyraźnie bałkańsko-cygańskiego folku, ale tego też się może doczekamy.

Jak na razie Under a Violet Moon mami dziwnym czarem zaklętego księżyca. Mimo wszelkich niedoróbek – i w pomysłach i w technice – należy się 8. Choćby dlatego, że Candice ze swoim słodkim głosem i Blackmore z pomysłami tworzą świat, o którym kiedyś wszyscy chyba marzyliśmy.

f!eld

%d blogerów lubi to: