Przeskocz nawigację


  1. War of Wrath
  2. Into the Storm
  3. Lammoth
  4. Nightfall
  5. The Minstrel
  6. The Curse of Feanor
  7. Captured
  8. Blood Tears
  9. Mirror Mirror
10. Face the Truth
11. Noldor (Dead Winter Reigns)
12. Battle of Sudden Flame
13. Time Stands Still (At the Iron Hill)
14. The Dark Elf
15. Thorn
16. The Eldar
17. Nom the Wise
18. When Sorrow Sang
19. Out On the Water
20. The Steadfast
21. A Dark Passage
22. Final Chapter (Thus Ends…)

Ocena: 10/10

Nightfall in Middle-Earth jest bez wątpienia legendą power metalu i nic już tego raczej nie zmieni. Powód jest dość prosty – muzykom z Blind Guardian udało się stworzyć doskonałą muzykę do imponującej rozmachem mitologii Tolkiena. Hansi i jego grupa porwali się w gruncie rzeczy na coś niemożliwego – w godzinę opowiedzieli historię Silmarilów, klejnotów światła drzew świata zwanego Ardą, które wstrząsnęły fundamentami rzeczywistości… no, ale na wykład z historii Śródziemia zapraszam kiedy indziej. Tutaj będziemy mówić o muzyce.

A jest czego posłuchać. Z grubsza każdy utwór poprzedzany jest krótkim preludium – recytacją fragmentu Silmarillionu, który wprowadza słuchacza w historię opowiedzianą w piosence. I tak Into the Storm to wołanie opętanego żądzą posiadania klejnotów Morgotha, zaś Nightfall jest wzruszającym lamentem za utraconymi kamieniami. I prawda jest taka, że najbardziej porusza autentyzm tego albumu. Słychać wyraźnie emocje włożone w jej nagranie i rycerskość muzyki, która bije z każdego utworu. Jest potężna, porywająca, wpada w ucho i treściwa, choć kawałki trwają i po sześć minut. To jednak, co zawiera te sześć minut – jak w przypadku Noldor – pokazuje, że nie trzeba orkiestry, żeby stworzyć dzieło operowe. Mamy dialogi, mamy chór, mamy wreszcie elfów. No, z tymi elfami jest taka sprawa, że nie bardzo sobie wyborażam elfa drącego się tak, jak to Hansi robi w The Curse of Feanor choćby, ale już ballady – w tym poruszające Blood Tears naprawdę przenoszą nas w tamten świat.

Właśnie za plastyczność, bogactwo pomysłów i fakt, że udało się stworzyć album o Tolkienie nie na kolanach, ale ciągnąc i rozwijając jego pomysły – za co chwała muzykom. Ja tam już nawet nie zamierzam dalej pisać. Po prostu obowiązkowa płyta dla każdego miłośnika dobrej (choć ciężkiej) muzyki. Mimo swojego wieku płyta wciąż porywa i bije na głowę cuda, które wyczyniają muzycy silący się na oryginalność. Jak widać – w tradycji siła.

f!eld

%d blogerów lubi to: