Przeskocz nawigację

  1. Rainbow Warriors
  2. Promise
  3. Bloody Twins
  4. Japan
  5. Sunshine
  6. Black Poppies
  7. Werewolf
  8. Animals
  9. Houses
10. Raphael
11. Girl and the Geese
12. Miracle

Ocena: 7/10

Szczerze mówiąc, za każdym razem, kiedy stwierdzam, że w muzyce trudno wymyśleć coś nowego, okazuje się, że znów się pospieszyłem. Co tym razem? Siostry, które wpadły na pomysł zrobienia zinfantylizowanego skrzyżowania freak folku z electropopem. Efekt? Jakbym dostał obuchem. Już Rainbow Warriors atakuje człowieka słodyczą niemożliwą prawie do strawienia połączoną z melodiami jak z kolejnego odcinka Teletubisiów, żeby przerodzić się w Promise w specyficzną odmianę hip hopu.

Całość psychodelii ujawnia się jednak dopiero w Japan. Wtedy to też ostatecznie słuchaczowi opadają klapki z oczu i – jeśli do tej pory dotrwał (a mamy dopiero czwarty kawałek!) – to potem albo będzie już z górki, albo wyłączy płytę od razu. Totalny mózgotrzep, zwłaszcza, że w drugiej połowie ludyczna piosenka wyśpiewywana przez chór zdziecinniałych panienek zamienia się w wiktoriańską (a posłuchajcie, to zrozumiecie, o co mi chodzi) operową wokalizę, żeby wrócić ze zdwojoną siłą. Po tym takie kawałki jak pseudoballada ze starego patefonu (Sunshine), melorecytacje (Werefolf), dziecinne melodyjki z dzwonkiem roweru (Animals), czy nawet bjorkowata w formie awangarda (Girl and the Geese) nie robią już tak piorunującego wrażenia. Nie znaczy to, że są słabe. Po prostu dawka maksymalna została przekroczona w Japan, co jednak nie zmienia faktu, że płyta jest…

…dobra w kanonicznym znaczeniu tego słowa to za duże określenie. Ale jeśli ktoś ma żyłkę eksperymentatora, z przyjemnością tego wysłucha. Reszta wyłączy ją najdalej po dwunastu minutach. Cóż, taki los gatunku indie. Tak, czy inaczej, Coco Rosie w swojej klasie są jednymi z lepszych wykonawców. Zatem daję siedem z informacją, że ta ocena nie oddaje tak naprawdę jakości albumu.

f!eld

%d blogerów lubi to: