Przeskocz nawigację


  1. Intro
  2. Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków
  3. Święta
  4. Wojna
  5. W ogrodzie
  6. System
  7. Listopad
  8. Nie ma Joozka
  9. Tonacja (sygnał z piekła)
10. Ostrość na nieskończoność
11. Daleka droga do domu
12. Schizofrenia
13. Daleka droga do domu(radio edit)

Ocena: 8/10

Uuufff… Dłuższego tytułu chyba nie mogli dowalić. Na sam początek należy pogratulować wydawcy wyczucia estetycznego – ładnie wydana płytka w digipacku, okładka może już trochę gorzej – zdjęcie Roguca (bo to chyba on?) z rogami niezbyt zachęca. Ogólnie rzecz biorąc psychodeliczny zestaw kolorów i pewna sztuczność (chodzi o te płomienie) wywierają gorsze wrażenie, niż to, co nam zaprezentowano na debiutanckim albumie.

Jednak nie pudełkiem ani tym bardziej książeczką człowiek żyje. Wrzucamy więc płytkę do odtwarzacza (najlepiej, żeby było to – powiedzmy – iTunes, WinAmp, czy Bóg wie, co, ale żeby widać było długość utworków). Hemm… Ta długość bardziej charakterystyczna jest chyba dla zespołów progrockowych, a już na pewno progmetalowych, niż dla zespołu, który… A co ja tam będę gadał. 14 minut tytułowego utworu, a zaraz potem dzielnie goniące statystykę prawie 10 minut Listopada i wielki finał w postaci trwającej 7 i pół minuty Schizofrenii… Cóż, szok może wywołać lekki. Podobnie jak sama lista. Nachalne jest tutaj wyjątkowo wrażenie powtórki z Pierwszego wyjścia z mroku. Żeby dać porównanie: Listopad – Sierpień (jak tak dalej pójdzie, to za jakieś 20 lat będziemy mieli wszystkie miesiące…), System – Nie wierzę skurwysynom, Nie ma Joozka – Zbyszek, a tekstowo – Ostrość na nieskończoność versus Leszek Żukowski. Takich odniesień można by szukać w kółko, ale dla porównania i usprawiedliwienia Piotrka – rzuca się to w oczy pewnie głównie dlatego, że dostajemy płytę w zrozumiałych dla wszystkich języku. Gorzej, że agresję tutaj piosenkarz rozładowuje nie poprzez porządne darcie się (jak np. na Nie wierzę skurwysynom), tylko poprzez ciskanie sukami, kurwami i innymi mniej lub bardziej ciekawymi wyrazami. Dobra, są to niby środki artystyczne, ale można było ograniczyć chociaż te suki do jednej piosenki (a nie – chyba, bo już nie chce mi się liczyć – dwóch).

Technicznie też niektóre pomysły nie wyrabiają na zakręcie, przez co ma się wrażenie lekkich powtórek z rozrywki – jak choćby Intro/końcówka Listopada nawiązujące w dość oczywisty sposób do Ocalenia. Całość dobija Daleka droga do domu, która – znajdując się w dwóch wersjach – dobrej i lepszej – nie ma jakiejś siły przebicia równej Spadam, czy Chaosowi… Za to karygodne jest rozpoczęcie Świąt (nawiasem mówiąc zwolennicy poprawności politycznej z powodu zdjęcia zamieszczonego w książeczce i tekstu piosenki mogą mieć lekkie problemy z przetrawieniem piosenki) i Nie ma Joozka. Dla niewprawionego ucha nie różnią się prawie niczym. Powoływanie się natomiast na inspiracje Toolem wywołują nieliche zdziwienie – po co się było inspirować, skoro znaleziono własny styl już na pierwszym krążku (co nie zawsze się udaje)?

Żółci wylałem co niemiara, z tym większym bólem, że Coma jest jednym z moich ulubionych zespołów. Trzeba jednak na obronę płyty powiedzieć, że wciąż się jej dobrze słucha, kompozycje nie przelatują znów tak przez ucho, a teksty wciąż jeszcze potrafią zainteresować. Są utwory naprawdę dobre – jak Ostrość na nieskończoność, czy Schizofrenia. Tytułowa Armia też nie rozczarowuje, chociaż wersja koncertowa naprawdę była piosenką wywindowaną na jeden z najwyższych możliwych poziomów. Hmm… Trudno mi postawić ocenę temu albumowi, choć mam wciąż pretensje, że panowie nie postanowili pójść za ciosem i wraz ze zmianą fryzury Roguca (na… no dobra, powiedzmy, że wygląda teraz jak dziecko Niny Hagen :P) nie zmienili trochę stylistyki. Poza tym ciągłe odniesienia w tekstach i tytułach do poprzedniego krążka mogą – choć w końcu niesłusznie – sugerować niemoc twórczą autora. Dobra, dam 8, choć jest to kredyt zaufania. Płytki będzie się dobrze słuchać, jeśli się przymknie oko na pewne powtórki, bo inaczej trzeba by było spuścić oczka do 6.5 – 7. A szkoda by było, bo jest to nadal kawał porządnego, soczystego rocka. I naprawdę polecam.

f!eld

%d blogerów lubi to: