Przeskocz nawigację

  1. Sin Deep My Wicked Angel
  2. All Hope in Eclipse
  3. Born in a Burial Gown
  4. Summer Dying Fast
  5. No Time to Cry
  6. The Principle of Evil Made Flesh
  7. Suicide and Other Comforts
  8. Dinner at Deviant’s Palace
  9. The Black Goddess Rises
10. Scorched Earth Erotica

Ocena: 1/10

Nigdy nie potrafiłem zrozumieć fenomenu i ogólnej, wszechobecnej fascynacji tym zespołem. Owszem, parę utworów uważałem za dobre, ale ostatecznie jakoś do mnie nie przemawiał. Gdy na forach internetowych wrzało od dyskusji na temat ich piękna, mroku i gotyckiego klimatu, ja stałem z boku i przyglądałem się całej sytuacji z szyderczym uśmiechem, czekając, aż ludzie zauważą, że istnieją zespoły lepsze. Nie doczekałem się.

„Bitter Suites To Succubi” zaczyna się poprzez intro zatytułowane „Sin Deep My Wicked Angel” . Nie zaczarowało mnie. Nie poczułem niczego, żadnego wrażenia, nastrojenia na odpowiedni klimat. Po tym bezcelowym akcencie zaczyna się „płyta właściwa”. Pierwszy utwór zaczyna standardowo symfoniczne pitu-pitu, potem wchodzi dość niski głos wokalisty. Wrażenia? Nic specjalnego. Ani to mroczne, ani brutalne. Następnie uderzył we mnie wokal numer dwa: piskliwy, niczym dźwięk kredy intensywnie tartej o tablicę. Aż przeszły po mnie ciarki! Ale niestety, nie te pozytywne. Utwór oplata całkiem niezły riff. Gdzieś w połowie mamy zwolnienie, wchodzą klawisze. Utwór znowu próbuje się rozkręcić. Bez skutku. Z moich ust wydobywają się pierwsze ziewnięcia. Gdy pod koniec wchodzi fajny riff, w połowie Dani zaczyna znowu piszczeć i moje chwilowe zaciekawienie pryska niczym bańka mydlana.

„Born in the Burial Gown” to drugi utwór. Najpierw nerwowy, nieco chory motyw smyczkowy, potem całkiem przyswajalny wokal zakończony – niestety – gwałtownym pisknięciem. Utwór dość dynamiczny, z licznymi zmianami tempa. Niestety niezbyt przejmujący. Gdzieś w połowie zacząłem się znowu nerwowo kręcić w fotelu. Puenta utworu nie zmieniła ani odrobinę mojego zdania. Po raz kolejny przeciągle ziewnąłem.

„Summer Dying Fast” zaczyna się żywą perkusją i nierozłącznym piskiem Daniego. Jazdeczka! Odetchnąłem z ulgą gdy potem Davey troche zmienił środki ekspresji wokalnej… niestety nie na długo. Gdzieś w drugiej połowie utworu odezwało się niezłe solo i nastąpiło ciekawe zwolnienie, z żeńskim wyciem w tle. Całkiem udany zabieg, ale nie na tyle, aby uznać ten utwór chociażby za przeciętny.

Następny utwór to „No time to cry”. Fajne, „przestrzenne ” gitary na początku, następnie miły dla ucha riff. Moja nóżka mimo woli zaczęła lekko przytupywać pod biurkiem. Wokal w miarę znośny, klawisze – powiedzmy – ujdą, a refren nie najgorszy. Puenta utworu udana. Co tu dużo mówić – jak na razie pierwszy znośny utwór na tej płycie. Szkoda tylko, że to jedynie cover.

Kolejny utwór pochodzi z pierwszego long playa grupy. Jedyne co go ratuje to niezłe gitary. Wokal – jak to zwykle w przypadku Daniego – słaby, a zwolnienie gdzieś w połowie zwaliło mnie z fotela. Niestety, nie dla tego, że było dobre, tylko dlatego, że nie mogłem opanować nagłego ataku śmiechu (a to z powodu mrocznej monodeklamacji, równie mrocznej kobiety )

„Suicide and other Comforts” zaczyna się melancholijnym motywem klawiszowym, potem wchodzi smutny, niski wokal, który szczerze mówiąc spodobał mi się. Motyw klawiszowy zaczyna przeplatać się z kobiecym nuceniem i niemal mógłbym powiedzieć, że robi się klimatycznie. Utwór nieco przyspiesza, ale nadal jest niezły. Potem jest już coraz gorzej. Mogliby zrobić z niego niezły, wolny i klimatyczny utwór. Niestety – oprócz zabawnego tytułu i fajnego początku nie ma nam on nic więcej do zaoferowania.

„Dinner at deviant’s palace” prawdopodobnie miał być z założenia utworem mrocznym. Niestety, coś nie wypaliło i dostaliśmy pseudo-gotycki podkład w tle i przesterowany elektronicznie wokal, który przypomina głos obcego z jakiegoś biednego horroru klasy D. Komedia!

„Black Goddes Rises” to kolejny utwór na „Bitter Suites To Succubi”, który został bezczelnie upchnięty na siłę z ich debiutanckiego krążka. Oczywiście jest to jeden z najlepszych utworów Cradle of Filth, ale co z tego, skoro pochodzi on z debiutanckiego krążka i teoretycznie w ogóle nie powinno go tu być?

Na zakończenie dostajemy mdlący „Scorched Earth Erotica” oparty na szybkim klawiszowym motywie i głupawym riffie, po którym nie został w mojej głowie żaden ślad. Wokal Daniego tylko sprawia, że kawałek wkurza jeszcze bardziej.

Ostatecznie nie wiem czym jest „Bitter Suites To Succubi”. Na miano long playa to w żadnym stopniu nie zasługuje, a na Epke jest za długie. Co dostajemy? Słabe intro, sześć nudnych, nowych utworów (w tym cover Sisters of Mercy) i trzy kawałki z ich debiutanckiego krążka. Żenada. Zapychanie miejsca na krążku starymi utworami to zabieg chamski i zasługujący na krytykę, bo dostajemy odgrzewane resztki z wczorajszego obiadu, polane świeżym sosem, ale niestety przypalonym i mdłym. Jedyne co ten album ratuje, to utwór „No Time To Cry”, który jest nawet niezły, ale nie rekompensuje nam w żadnym stopniu czasu straconego na słuchanie „Bitter Suites To Succubi”, gdy istnieje genialny Emperor, któremu Cradle of Filth może najwyżej czyścić buty.

]i[chał

%d blogerów lubi to: