Przeskocz nawigację

  1. A Bruise Upon the Silent Moon
  2. The Promise of Fever
  3. Hurt and Virtue
  4. An Enemy Led the Tempest
  5. Damned Is Any Language (A Plague on Words)
  6.
Better to Reign in Hell
  7. Serpent Tongue
  8. Carrion
  9. The Mordant Liquor of Tears
10. Presents from the Poison-Hearted
11. Doberman Pharaoh
12. Babalon A.D. (So Glad for the Madness)
13. A Scarlet Witch Lit the Season
14. Mannequin
15.
Thank God for the Suffering
16.
The Smoke of Her Burning
17.
End of Daze

Ocena: 7/10

Trudno mi dokładnie powiedzieć, co czuję do takich jazgotliwych zespołów, jak Cradle of Filth. Z jednej strony chyba powinienem częściowo się sugerować tym, co mówią inni (a jest wiele głosów pochwały), z drugiej strony – mimo, że jestem nieraz pod wrażeniem tego, co słyszę, w gruncie rzeczy jest to dla mnie przede wszystkim jazgot podlany symfonicznym sosem (przynajmniej, jeśli chodzi o późniejsze albumy).

Zacytować wypadałoby najpierw Daniego, który powiedział, że jest to o tyle nietypowy album, że na okładce nie ma kobiety z wywalonymi na wierzch piersiami. Faktycznie, zamiast tego mamy mężczyznę. Nie znaczy to jednak, że coś się stało z orientacją naszego wampira – po prostu album tym razem opowiada o Lucyferze.

Takie sobie toto opowiadanie. Ładne, klimatyczne wstawki instrumentalne, których się namnożyło na tym krążku, są przecinane mniej i bardziej udanymi łupaninami. Do tych drugich należałoby zaliczyć Hurt and Virtue, Better to Reign in Hell, Thank God for Suffering, czy singlowy Babalon A.D. (nawiasem mówiąc – drugi singiel, Mannequin, dzięki przetrawieniom elektronicznym, robi jeszcze lepsze wrażenie – jest strasznie psychodeliczny).

Z drugiej strony są i bardziej mętne kawałki, jak nieźle się zapowiadający na początku Doberman Pharaoh, czy Carrion, w którym chyba niestety zbytnio postawiono na perkusję i darcie się. Rezultat może nie jest nijaki, ale nie zachwyca.

Owszem, Cradle of Filth to klasa sama w sobie – grają porządną muzykę – jednak od czasów Cruelty and the Beast mam odczucie zastoju. Nie kręcą mnie te albumy już tak bardzo. Najgorsze jest jednak to, że w pamięć zapadają nieliczne utwory tak, że spokojnie sam mógłbym sobie zrobić dobrą składankę z ostatnich, bodaj to, czterech albumów. Niezbyt to dobrze świadczy o Danim Daveyu i jego trupie. Miejmy nadzieję, że kolejny album będzie lepszy, choć coraz bardziej w to wątpię.

f!eld

%d blogerów lubi to: