Przeskocz nawigację

   1. Under Pregnant Skies She Comes Alive Like Miss Leviathan
  2. Dirge Inferno
  3. Tonight in Flames
  4. Libertina Grimm
  5. Byronic Man
  6. I Am the Thorn
  7. Cemetery and Sundown
   8. Lovesick for Mina
  9. The Foetus of the New Day Kicking
10. Rise of the Pentagram
11. Under Huntress Moon
12. Temptation (Heaven 17 cover)

Ocena: 8/10

Ogarnęło mnie niejakie przerażenie, kiedy dojrzałem wstępną listę utworów na Thornography (to było jeszcze w wakacje). Devil to the Metal, czy Flora of Nightfall, Fauna of War wywoływały wszystko, tylko nie skojarzenia z bandą rozwydrzonych wampirów. Raczej przywodziły na myśl kilku nastolatków zasłuchanych w kolejną odsłonę HIMa, czy Soulfly i zapatrzonych w image rodem z kolejnej wersji Drakuli. Na szczęście Dani poszedł po rozum do głowy i pozmieniał tytuły.

Pozostała kwestia muzyki – tutaj niestety można się czegoś czepić, a mianowicie tego, że album ten jest chyba najbardziej chaotyczny od czasów From the Cradle to Enslave. Po dobrym intro wchodzi pierwszy utwór, jaki dane nam było usłyszeć z Thornography. Niby są to klasyczne Kredki, ale zadziwia jedna rzecz – wokal Daniego. Znów się zmienił i teraz oscyluje w granicach znośnego darcia się. Nie mówię, że jest źle, ale Dani próbuje nawet czasem śpiewać normalnym głosem, co dziwi, bo skrzeki mu naprawdę lepiej wychodzą. Kiedy dodamy jeszcze do tego spuszczenie z ciężkich tonów na rzecz przyswajalności… Cóż, może przestać dziwić fakt takich kuriozów, jak trashującego Foetusa, czy kretyńskiego coveru Temptation (który wylądował, nawiasem mówiąc, jako pierwszy teledysk z albumu…). Efekty są przeróżne, jednak dodanie melodyjności całemu materiałowi wyszło na dobre. Foetus stał się jednym z moich ulubionych utworów, natomiast np. Cemetery and Sundown zaczyna się po pewnym momencie mimowolnie nucić. I dobrze, bo trzeba czasem wytchnień. Problem pojawiłby się dopiero wówczas, gdyby diabli wzięli stare Knedle. Na szczęście tak się nie stało i dostajemy również kawałki takie, jak Lovesick for Mina, czy Libertina Grimm, przy ktorych słuchacz z ulgą wyciągnie się w fotelu i będzie słuchał…

…skrzeków Daniego z akompaniującymi mu wokalistami. Nie chodzi tu nawet o pannę z Temptation, ale raczej z Ville Vallo. Zdziwieni? Trzeba powiedzieć, że gra była warta świeczki, bo duet znów się udał. Ville pasuje tutaj perfekcyjnie i wie, co ma robić. Nie ma tandetnego show, jest wyraźnie to, co muzycy chcieli – płytka, mimo mojego zrzędzenia, jest naprawdę porządnym, przyswajalnym albumem. Można się wręcz pokusić o stwierdzenie, że tanecznym w niektórych momentach i zdecydowanie przyjemnie się słuchającym.

Wniosek? Kredki po nie do końca udanym Nymphtamine odbiły się od dna i pokazały, że mogą sobie pozwolić na dyktowanie warunków. Mają własne pomysły i nie boją się ich implementować, dzięki czemu zespół nie stoi w miejscu, ale wciąż idzie do przodu. Niczym lewiatan. Album może mało zwarty, ale godzien przesłuchania, bo wampiry z Suffolk to już nawet nie tyle zespół, co instytucja black metalu. Różnie sobie radzą, ale (prawie) zawsze jest to powyżej średniej.

f!eld

%d blogerów lubi to: