Przeskocz nawigację

CD#1:

  1. Lonely
  2. Slowly Comes My Night
  3. Follow Me
  4. Madiel
  5. Into My Arms
  6. The Mirror Men
  7. Generators
  8. Away
  9. Over and Done
10. Dark Star

CD#2:

  1. Color-Ize
  2. Nobody’s Wounded
  3. Mindmachine
  4. Brainfic
  5. Vivre
  6. Return
  7. Reincarnation
  8. Wunderbar
  9. Overpaid
10. Where You Are
11. Love Me to the End

Ocena: 8/10

To była z pewnością nie lada przyjemność. Zapowiedź „Deine Lakaien z orkiestrą symfoniczną” zabrzmiała jak hasło ze sztandarów marzeń fanów. Gdy jednak przyszła chwila namysłu, co bardziej sceptyczne umysły (nie tylko serwisu Trois Vierges) zaczęły zachodzić w głowę co może to oznaczać. Jeśli więc ktoś myślał, że nasz Ernst odegra poprawny koncert pociągając swe utwory grubym pędzlem symfonicznego bulionu – został zaskoczony. Zacznę zatem od konceptu, jaki ukrył sie za „20 Years of Electronic Avantgarde”. Utwory zostały w większości odmienione, filharmonicy swą grą wypełniają pierwszoplanowe partie pierwotnie wygenerowane z maszynerii Horna. Ale ale.. tu nawet orkiestra Neue Philharmonie Frankfurt prezentuje nam pokaz, jak gdyby każdy jeden muzyk miał krzesło podpięte pod sieć 220V. Ot, cały przewrotny plan, wydawałoby się. Nie należy też zapominać o Veljanovie, który ma po raz kolejny szansę na wyrażenie większej ekspresji.

Przejdźmy do konkretów. Cześć pierwsza albumu powinna wywrzeć dużo lepsze wrażenie na słuchaczach. Powodów ku temu dostatek. Po pierwsze jawi się jako zamknięta całość, od pierwszego po ostatni utwór proporcje szaleństwa, momentów uniesienia i suspensu rozkładają się idealnie. Swoistym apogeum jest tu „The Mirror Men” – hymn grozy z momentami akustycznego horroru grobowych skrzypień. Zaś kolejnym punktem programu, który zadziwia jest niesamowite wykonanie „Over and Done”. Nie sposób przejść obojętnie obok równie trafionych odmienionych wersji „Into My Arms” i „Away”. Album drugi to już szala nieco rozechwiana. Startuje zupełnie niesymfonicznymi „Color-Ize” i „Nobody’s Wounded” (osobiście chętnie ten drugi zamieniłbym na coś innego), cobyśmy nie zapomnieli, że mamy do czynienia z awangardą elektroniczną w pierwszej kolejności. Późniejsze fluktuacje wynoszą nas od zachwytu po dno nudy. Mam na myśli zwłaszcza „Reincarnation”, które nic nowego nie wnosi, a rozwleczone jest niemiłosiernie („torture never ends” nabiera nowego znaczenia). Czegoś też zabrakło grzecznemu „Return”, które niestety porzuca szansę zaistnienia wraz z momentem gdy przypływ basowego vibrato traci impet na rzecz gry bardziej lirycznej i ugłaskanej. „Brainfic” to punkt sporny – jedni będą szaleć, inni wcisną ‚skip’ w poczuciem obcowania z zagrywką nieco bezmyślną. Osobiście mi takie ożywienie nastroju pasuje, ale i tak o niebo lepszy jest gruby kaliber „Overpaid” (wedle f!elda: „w pół drogi do Emilii Autumn i jej chorych pomysłów”).

Część druga to jednak wielka trójca: „Midnmachine”, „Vivre” i finał „Love Me to the End”. Pierwszy z tego grona zdaje się nieco gasnąć na tle pozostałych jednak tu najbardziej odsłania się inna strona medalu. Horn wykoncypował tutaj syntezę dwóch światów, z czego oba zawsze istniały w jego twórczości, a które tu uzupełniają się genialnie. Mam na myśli liodowaty pasaż, z cyklu nawiedzony odbiornik telewizyjny nad ranem. Przypominają się z tej okazji nawet szumiące zakamarki Qntal II. Osobliwe, a jednak zdaje egzamin. Wspaniałe „Vivre” i „Love Me to the End” zaś, urosły tutaj do rangi iście symfonicznej (również w czasie, z 4 minutowych utworów w niemal 10 minutowe dzieła), obezwładniając raz dyskretnym rozmachem, a raz namacalną poezją.

Album rewolucyjny nie jest, ale z pewnością jest ewolucyjny. Utwory przeszły swoiste metamorfozy, które sprawiają, że nuda jeśli się już wkrada nie trwa długo. Przyznać jednak trzeba, że obecność kilku tytułów (m.in. „Madiel”) wróżyła wiele, a mimo iż skarg nie budzi to zachwytu nie przynosi. Szkoda, że potencjał owych nie został wykorzystany do końca. Za to z pewnością jest tu więcej momentów, gdy chciało by się jeszcze i jeszcze (z chęcią usłyszałbym takie „Fish” czy „Satellite” w wydaniu 20-Letnim). Album jest bardzo dobry. Czegóż innego możnaby było się spodziewać po muzyku który wie, że standardowe możliwości instrumentów znane gawiedzi to tylko wierzchołek góry lodowej, i po zespole, który trzyma poziom już dwie dekady.

Ver.

%d blogerów lubi to: