Przeskocz nawigację

  1. Dark Star
  2. Resurrection
  3. Down Down Down
  4. Frühlingstraum
  5. Love Me to the End
  6. Made in Heaven
  7. Days Gone By
  8. The Night of Love
  9. Ulysses

Ocena: 8/10

„Dark Star” zdawał się przynosić skojarzenia z surowością cechującą wczesne Deine Lakaien, niby słusznie. Jednak jeśli ktoś myśli, że cofając się w sutereny dyskografii schodzi się w otchłań industrialnej i do bólu robotycznej ciemności, rozczaruje się nieco (czy pozytywnie, czy negatywnie to się okaże w trakcie). Pięknie zamulone dno nawiedzają zimowe ryby w „Winter Fish Testosterone”, a nasza „Dark Star” mimo, że mroczna – pozostaje nadal gwiazdą. Tak, tytuły albumów mimo, że czasem niejasne kryją zaskakującą adekwatność. Bez wątpienia obracamy się we wczesnych sferach działalności, gdzie jeszcze ostro poczyna sobie sztywny beat, a Veljanov sięga po wręcz teatralne środki ekspresji, jednak brzmienie zdaje się pozostawiać wiele przestrzeni, śmiało mieszczących echa sopranów, spokojne fortepiany i innych połyskujących dźwięków. Jeśli się już pojawia osaczająca duchota to jest ona niezwykła – choćby wspaniałe „Frühlingstraum” o wielu obliczach, bądź rozpaczliwe „Love Me to the End”, który stał się już niemal utworem-legendą. A propos legend, wspomniane sopranowe sample przywodzą na „Dark Star” autentyczne skojarzenia z mającym powstać dopiero Helium Vola – odsyłam do „The Night of Love” :)

Jednak nie wszystko jest takie gwiezdne, a powiedziałbym, że robi się momentami nieco gwiazdorsko. Mam na myśli utwory, które mimo wszystko giną pomiędzy, czy to przez zbytnie inklinację do dyskoteki a la koszmarny sen Modern Talking, czy przez pewną powtarzalność, która w większym lub mniejszym stopniu będzie się za duetem ciągnąć w następnych latach. Mieszane uczucia mam co do zakończenia w postaci ekstatycznego „Ulysses”… conajmniej trudne.

Jednak zważywszy na miejsce historyczne albumu, nie ma co się krzywić – często pierwsze dokonania bronią się czymś innym, niż idealną poprawnością całokształtu, i nikt tworząc taki album, nie zamierza się podlizywać recenzentowi który 15 lat później będzie pisał epistołę o jego owocach pracy. Mimo, że jeszcze młode to to, i nieuczesane – jak na powijaki przyszłego sukcesu, sprawiło się poprawnie.

Ver.

%d blogerów lubi to: