Przeskocz nawigację


  1. My Winter
  2. Fighting the Green
  3. Cupid’s Disease
  4. Away
  5. The Cabin Door
  6. Fish
  7. Carriage Song
  8. Testosterone
  9. Manastir Baroue
10. As It Is
11. My Spring

Ocena: 7.5/10

Duetowi nie można odmówić inwencji twórczej, aczkolwiek, jeżeli zerknąć na okładkę tego albumu, można stwierdzić, że Horna i Veljanova ogarnęła depresja. Rzuciła ona wyraźny cień na dość dziwną zawartość płyty.

Nie ma tutaj właściwie żadnego przeboju – Winter Fish… to chyba najzimniejszy, najbardziej industrialny album ze wszystkich wydanych do tej pory. Rozpoczyna się śpiewem praktycznie a capella, by potem nas zaatakować werblami i szalonym refrenem. Bardziej szalonym, niż to, co można usłyszeć na najbardziej psychodelicznych kompozycja Horna do tej pory – wliczając w to projekty Qntal i Helium Vola. Widać to zresztą w większości utworów – szaleńczym Cupid’s Disease, agresywnym Testosterone (prawie elektroniczny death ;) i wreszcie chyba jedynym utworem, który tak naprawdę trafił na listy koncertów – Manastir Baroue. Ten kawałek to zresztą dość dziwna porcja muzyki – ciężka elektronika, leniwy głos Veljanova i ta atmosfera znużenia…

…Ciągnąca się przez wszystkie ballady – przepiękne Away, duszne Carriage Song i niepokojące As It Is. To ostatnie ze stopniowym narastaniem dźwięków i hipnotycznie powtarzanym Winter’s Coming pasowałoby nawet na długie – siedmiominutowe prawie intro do My Winter. Całość wieńczy lekkie wytchnienie, czyli autoparodia z My Winter – My Spring. Całkiem dowcipnie to zrobione, za co gratulacje się należą towarzystwu – utwór stylizowany na stary patefon…

Dwa słowa tylko jeszcze a propos ostatniego tytułowego utworu – Fish. Jak to skomentował Versatis: normalnie nocna mara z zatopionej łodzi rybnej gdzieś przy Murmańsku. Można dodać tylko jeszcze, że ta mara jest nieźle napromieniowana jakimś świństwem. Strasznie szalony kawałek – bulgot, szalona warstwa muzyczna i refren – coś jak pomiędzy kabaretem, a spotkaniem z pp. Gucwińskmi. Dziw nad dziwy.

I tak jest z tym albumem. Troszkę przekombinowany, pełen różnych smaczków, ale też pozbawiony w gruncie rzeczy przebojowości. I w dodatku nie wyciszony. Hemm… Dobra, 7.5. Polecam tylko tym, którzy są wyjadaczami – reszta może się zrazić.

f!eld

%d blogerów lubi to: