Przeskocz nawigację


Cradle of Filth - Godspeed on the Devil's Thunder  1. In Grandeur And Frankincense Devilment Stirs
  2. Shat Out of Hell
  3. The Death of Love
  4. The 13th Caesar
  5. Tiffauges
  6. Tragic Kingdom
  7. Sweetest Maleficia
  8. Honey and Sulphur
  9. Midnight Shadows Crawl To Darken Counsel With Life
10. Darkness Incarnate
11. Ten Leagues Beneath Contempt
12. Godspeed on the Devil’s Thunder
13. Corpseflower

 

Ocena: 9/10

O ile Nymphetamine zostawiło niesmak po sobie jako album, to po Thornography większość ortodoksyjnych fanów wieszała psy na zespole. Ja nie, bo mi tamta płyta wyjątkowo przypadła do gustu, ale faktycznie można było się zastanawiać, gdzie się podziały stare, dobre Kredki.

A potem grupa puściła w ramach teasera Tragic Kingdom. I wszystkim spadły gacie, niektórym opadły szczęki (czasem sztuczne), a emo wypadły żyletki z rąk. 90% słuchaczy było zachwyconych, bo kawałek brzmiał jak ekstrema rodem spod Wyjących Gwiazd.

Podobnie i Shat Out of Hell – otwarcie może nie powala (kojarzy mi się automatycznie z Gilded Cunt… co nie zmienia faktu, że jest to podrasowane Gilded Cunt), ale za to potem zaczynamy się zastanawiać, o co chodzi. I w tym momencie zaczynamy mieć dopiero niezły show. Nie będę tutaj przelatywał po całej płycie, bo to nie ma najmniejszego sensu. Lepiej się skupić na kilku wyznacznikach.

Pierwszy to ewidentne sprzężenie muzyczne z Midian – i nie chodzi tu o kalkę, ale o taką dawkę agresji, siły i potęgi, jakiej nie było słychać od jedenastu lat. Plus doskonały sos chóralno-symfoniczny, który świetnie się zgrywa… z solówkami gitarowymi (?!). No, trudno nie mówić, że płyta jest ewolucją – ale te solówki, na szczęście dla Allendera, są na miejscu i świetnie się wpasowują w konwencję.

Dalej: jest melodyjnie (jak na Midian) i przebojowo (jak na Thornography). Nie ma, co prawda, jojczącego pana z HIM (tym razem wystarczyło ściągnąć sobie córunię do studia, żeby porecytowała jakieś szatańskie wersety – Darkness Incarnate), ani zblazowanej rockwoman (Sarah Jezebel Deva wróciła na pełen etat), ale jest za to Doug Bradley, który ze swoim głosem automatycznie dopowiada kwestię z Hellraisera – „your suffering will be legendary even in hell”.

I jest faktycznie piekielnie – takie Sweetest Maleficia, czy wspomniane Darkness Incarnate tchną siarką konsekwentnie i uparcie („Death is only a matter of little pain” – ta kwestia wraz z połączeniem rytmicznego basu i wchodzącego po niej darcia się Daniego po prostu powala). Natomiast, dla porównania, takie The Death of Love i The 13th Caesar to wyjątkowo przebojowe kawałki, melodyjne, wpadające w ucho… I chyba dlatego na singla poszło mniej strawne Honey and Sulphur, bo gdyby ktoś przypadkiem usłyszał Daniego śpiewającego „Where will you be my darling?”, prawdopodobnie by zwątpił… A tak historia Gillesa de Rais wyjątkowo wciąga zróżnicowaniem i pokazuje, że muzycy wciąż mają ikrę.

Dobra, 9/10 i dziękować panom, że stworzyli świetny album. Prawie genialny.

f!eld

%d blogerów lubi to: