Przeskocz nawigację

1. The Path to Decay
2. Lost in Life
3. The Mind Maelstrom
4. The Seventh Summer
5. Beyond Life’s Scenery
6. The Lucid Door
7. Led Astray
8. Winterborn 77
9. Sirens of the Seven Seas

Ocena: 5/10

Przyznam szczerze, że nowy album Sirenii, po zapoznaniu się z równie nową wokalistką, wcale mnie nie zainteresował. O, tyle, żeby sprawdzić wygląd okładki. W końcu jednak się przemogłem i odpaliłem teledysk:

Pierwsze wrażenie? Primo: znowu piejąca syrena, ale o lukrowanym głosie, dość nijakim jak na tak zespół. Monika Pedersen może nie była pięknością (de facto wyglądała jak niemiecka Helga), może i miała specyficzny głos (żabowaty), ale przynajmniej miała charakter. Ailyn z kolei brzydka może i nie jest (jak ktoś lubi operacje plastyczne i rozmazany makijaż), może ma ładny głos (słodki jak nieodżałowana Hayley Westenra), ale charakteru ma tyle, co kartka papieru. Co się na nią naniesie, to to uciągnie i nic więcej. Jakby Mortenowi zależało przede wszystkim na tym, żeby mieć jakieś piersi na scenie.

Normalnym jest zatem, że zaniepokojony miernotowatym singlem, przesłuchałem resztę albumu. Po pierwszym zapoznaniu się nie miałem kompletnie pojęcia o tym, jakie są utwory – czyli: płyta płaska jak naleśnik. Ale nic to, uzbrojony w cierpliwość, zacząłem słuchać kawałków oddzielnie… i wtedy się przeraziłem.

W skali pop – mamy Madonnę z cięższą perkusją i gitarami. W skali popmetal – nie sprawdza się tak rewelacyjnie, choć uroku i chwytliwości nie można piosenkom odmówić. W skali metal – zaczyna się mieć wątpliwości. W skali gothmetal – ja p****ę (piórkuję na ten przykład) – gdzie tu gotyk? Starą Sirenię szlag trafił i został z niej Veland. Mamy growle gdzieniegdzie (więcej ich tutaj niż na poprzednim albumie), trochę patetycznych chórów (ale za to tak, jak nigdy dotąd) i piejącą pannę.

Aha, i jeszcze kilka problemów po kolei: czyli homogeniczność piosenek. Dalej – zrzyny zewsząd – Winterborn 77 brzmi z początku jak Nightwish z okresu Wishmaster, Lost in Life przywodzi na myśl… „Mój” Goyi…

…The Lucid Door to typowa Epica, a Sirens of the Seven Seas to wykapane Leaves’ Eyes – nawet szantująco, heroicznie, wikngowo i mamy… czysty męski wokal. Też novum.

Wniosek? Brak sensu, ogólnie papka, klonowanie pomysłów i przebojowość. Oraz kicz jak stąd do wieczności. O ile Nine Destinies and a Downfall nie straszyło tym, to The 13th Floor – głównie dzięki nowej wokalistce (mam wrażenie, że Monika by poprawiła jakość) – już śni się po nocach. Co nie zmienia faktu, że wystawiając ocenę miałem o tyle dylemat, że płyty się słucha przyjemnie i bezboleśnie. Dobra, niech będzie, że średnio na jeża.

%d blogerów lubi to: