Przeskocz nawigację

Explicatio: Imaginarium nie jest ani tekstem technicznym, ani też jakimś wybitnym przewodnikiem. Zadaniem tego kącika jest przede wszystkim pokazanie realizmu magicznego – teledysków, które nie są jakimś tam obrazem, ale które wywarły na nas szczególny wpływ. Trochę na pojmowanie świata, trochę na obraz zespołu. Trochę wreszcie na samą recepcję piosenki. Ponieważ jest to jakby sen zesłany przez twórców, rozpoczniemy i snem…

Rozpocznijmy może czymś w miarę klasycznym, czyli teledyskami do „All That Is Thirst” Pati Yang i „Generators” Deine Lakaien…

Motyw snu jest dosłownie wszechobecny, wbrew temu, co by się chciało powiedzieć. Popatrzmy najpierw na to, co umiera. Pati doskonale tworzy freudowską atmosferę wybijania się z kokonu – na początku, owinięta i wręcz zapakowana w tiul budzi się, by odkrywać barokowy w swoim zestawie kolorystycznym świat. Blado barokowy, co tylko podkreśla oniryzm utworu. Co więcej biel tu jest zimna, odpychająca, jakby martwa… choć nie tak labolatoryjna jak w przypadku piosenki duetu Veljanova i Horna.

Tam, gdzie sen jest po prostu lekkim koszmarkiem, u Niemców przeradza się w zimną niepewność – gdzie jest świat? Gdzieś u Yangowej mamy klatkę stworzoną z domu. Tutaj z kolei nieobecność przestrzeni przeradza się w coś, co można by określić jako go bez granic. Czyli go, które choć się zaczęło, tutaj nigdy nie będzie miało końca. Aż chce się zacytować ich inną piosenkę – „Reincarnation, the torture never ends/Reincarnation, oh, bloody fate”.

Yang wraca do swojego snu, choć można zadać sobie pytanie, czy te wymyślne tortury fantazji, gdzie zwijanie się na ziemi i obecność niemych sług-golemów, nie służyłyby pozornemu wyzwoleniu artystki ze swojej twórczości. Pytanie – gdzie się zacznie forma, a gdzie skończy treść? U Deine Lakaien jest z kolei trochę jak u Leszka Mądzika – minimalizujemy rzeczywistość, bo to nie rzeczywistość jest treścią, ale przekaz. A tutaj przekaz jest jasny – nie ma rzeczywistości, nie ma treści. Jest tylko bezcelowy ciąg tworzenia się na nowo. To wręcz jest gorszy koszmar, niż panująca u Yang atmosfera szalonego niepokoju. Z niepokoju można wyjść. Z życia nie. Aż się kusi, żeby je nazwać labiryntem bez końca…

I w tym momencie wchodzi nam Madredeus. Tutaj z kolei radość z tego, że można kroczyć. Choć czy fado i jego pochodne śpiewane przez czarującą wokalistkę same nie stają się radosne, gdy patrzy się na jej twarz i słucha tego pięknego głosu? Trudno powiedzieć, bo sen w teledysku jeszcze bardziej przytłacza. Dźwięk i obraz tak wzajemnie się uzupełniają, że ten, kto zobaczył raz rajski labirynt Madredeus, na zawsze będzie chciał w nim pozostać i nie będzie w stanie oddzielić muzyki od obrazu.

Choć, z drugiej strony, wprowadzanie obrazu do rzeczywistości też może być ciekawym zabiegiem. No, po zobaczeniu TEGO nikt mi nie będzie w stanie wmówić, że Bjork czegoś nie bierze. Chyba, że ma tak bujną wyobraźnię, że pozostaje ona w wiecznym zawieszeniu między reality a fiction. Jak to śpiewa Simone Simons z Epiki: „Reality is sometimes stranger than fiction, whatever happens in my dreams”.

– f!eld

%d blogerów lubi to: