Przeskocz nawigację

CD1:
1. A voi che amate
2. Saber d’amor
3. Oh pescador
4. Blow, Northerne Wynd
5. Mes longs cheveux
6. L’alba
7. In so hoher swebender Wunne
8. Friendly Fire
9. Hor che’l ciel
10. Escoutatz
11. Maienzeit
12. 
Ecce gratum

CD2:
1. Preghiera
2. Nummus
3. Mayab
4. Mord
5. Canta me
6. Manifesto
7. Quan lo pet
8. Ray gun
9. Come talore
10. Darkness, Darkness
11. Moorsoldaten
12. Nuestras vidas

Ocena: 9.5/10

No to po pięciu latach się wreszcie doczekaliśmy. Ernst Horn kombinował, koncertował, deinelakaienował i wreszcie uraczył nas trzecim Helium Vola. Trzeba tu przypomnieć, że tak Helium Vola jak i Liod podnosiły poprzeczkę w jakości (w stosunku do Qntal I i II, za które Horn był odpowiedzialny), tak więc jedyne, co pozostało, to mieć nadzieję, że jak mózg operacji spadnie, to chociaż z wysokiego konia.

Już teaser puszczony do internetu – Saber d’Amor –

wywoływał pozytywne odczucia, choć nie dało się ukryć, że gdzieś to się już słyszało. Dokładniej – w Qntal III, a jeszcze dokładniej: w Entre moi et mon amin (podobne zabiegi na linii melodycznej w stylu progresja-progresja-progresja i „łubudu” – kadencja).

Po wysłuchaniu tego albumu można się utwierdzić w jednym przekonaniu: że i to, co znane, wcale nie musi być gorsze/słabsze, a wręcz przeciwnie, jeśli tylko jest się zręcznym alchemikiem muzycznym.

Od razu też jednak otwiera się pierwszy zarzut: dwa albumy, którymi suto nas uraczyli Niemcy (prawie dwie godziny muzyki) nie mają tak wyraźnego podziału klimatycznego, jakby to sugerował opis (czyli pieśni – łagodne – o miłości i pieśni o niszczycielskiej sile pieniądza). Ale co tam, ważny jest całokształt. A ten powala na kolana i nie daje o sobie nijak zapomnieć.

Najbardziej rzuca się w oczy o wiele większa oszczędność w szafowaniu motywami chrakterystycznymi dla Horna – rwane frazy, szalone rytmy, nakładające się chóry i agresywne skoki stylistyczne to chyba już przeszłość. Oczywiście, zdarzają się i wyjątki, jak na przykład Friendly Fire, które totalnie rozsadza sielankowość pierwszej płyty, ale to bardziej szczypta pieprzu do dania głównego, jakim jest niebiański głos Sabine Lutzenberger.

Tak, trzeba przyznać, że jej dotychczasowe wyczyny bledną w porównaniu choćby z przepięknie wyfrazowanym l’Alba, gdzie po ok. trzeciej minucie rozpoczynają się zapierające dech w piersiach i wywołujące łzy w oczach vibrata. Właśnie ekspresja i ascetyzm środków to dwa najmocniejsze punkty albumu. Trzecim jest obecność niejakiego Benko, z którym kiedyś już Horn współpracował – przy The Cliffs of Norway:

Escoutatz nabiera posmaku future-popowej ballady… i jest jednocześnie wprowadzeniem do drugiej płyty, choć wprowadzenie to jest dosyć ciężkie też ze względu na to, że po takich perłach jak Blow, Northerne Wynd, wspomniana l’Alba, czy Maienzeit, można sobie zadać pytanie – jak może być lepiej?

Cóż, może być inaczej. Jeśli ktoś słuchał In liehter Varwe steht der Wald, to pewnie sobie powinien skojarzyć Dies Ire, czy Sancte Sator. I wszystko staje się jasne. Powtórzenie A voi che amate, czyli Preghiera, to tylko zmyła. Horn pokazuje, na co go stać – w Nummus bawi się w grę z Deine Lakaien (bity jak z Generators), żongluje chórami w Ray Gun (gdzie czysty, męskimi głosami wyśpiewany refren po elektronicznej solówce brzmi prawie jak ironia), łamie rytmy w Manifesto… A i tak, wraz z tęsknym, instrumentalnym Mord, czy lamentującymi Mayab i Come Talore, jest to dopiero wstęp do pełnego rozmachu finału. Darkness Darkness – zdecydowanie najsłabszy punkt albumu (dlaczego, DLACZEGO to się nie rozwija, tylko słychać te lamenty na jedną nutę?) nie pozostawia zbytniego zadowolenia w słuchaczu (żeby choć było krótsze), za to Moorsoldaten, gdzie mamy już typowo hornowskie zagrania, jest ewidentną perełką rozpaczy. No i Nuestras Vidas – końcówka jak z filmu: smutna melodia, wymieniające się chóry, i ta atmosfera, że chce się jeszcze… jeszcze… jeszcze….

Minus pół punkta za Darkness Darkness. Ale ogólnie jest więcej, lepiej, delikatniej. Jeśli Horn wciąż będzie tak podbijał swój poziom, to za jakieś 7 lat, przy kolejnym pełnoprawnym albumie, przebije naszą skalę. Fur Euch ma dosłownie wszystko: melancholię, rozdzierające ballady, hity parkietowe i grę w detale ze słuchaczem. Kandydat na album roku jak nic.

– f!eld

2 Comments

  1. „To co znane wcale nie musi być gorsze” – słusznie, mogę się podpisać zresztą i pod całością. Zastanawiające (i liczone na plus) jest to, że utwory wnoszące tą postępową ugładzoną jakość właśnie zrywają z czymś co było jeszcze na Liod pierwszoplanowe czyli wspomniane wybryki formalne i stylistyczne, które tutaj figurują już tylko jako pieprzna rdza do posypki, no może z wyjątkiem Hor che’l ciel i Ray Gun które bardziej całościowo ją reprezentują (dodałbym tu jeszcze Canta Me, ale ta stanowi swoisty unikat). Do tego wychwycone przy pierwszym kontakcie, bardziej czytelne melodyczne mediewizmy (Blow Northerne Wynd, ale też Ecce Gratum i kanoniczne Quan lo pet). Po prostu horn (czyli „róg”) obfitości. :> Myślę, że to już jest album roku. Jak się ktoś postara to najwyżej będą dwa. ;>

  2. A jak się nie postara, to niech zwija manatki, bo nie zdzierżę i pojadę do tej Szwajcarii za nim :P


2 Trackbacks/Pingbacks

  1. […] zamieścić, co też czynię. Mam nadzieję, że ten przydługi elaborat zachęci do wysłuchania najnowszego albumu Niemców tych, których moje peany jeszcze nie przekonały, natomiast znającym już Fur euch, die Ihr liebt […]

  2. By Podsumowując 2009 « Trois Vierges on 30 Gru 2009 at 3:32 pm

    […] Album roku: Helium Vola “Fur euch, die Ihr liebt” […]

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: