Przeskocz nawigację


1.
The Serpentine Offering
2. The Chosen Legacy
3. The Conspiracy Unfolds
4. The Sacrilegious Scorn
5. The Fallen Arises
6. The Sinister Awakening
7. The Fundamental Alienation
8. The Invaluable Darkness
9. The Forshadowing Furnace

3+/10

Ho ho! Witamy w roku 2007. Właśnie światło dzienne ujrzało nowe, długo oczekiwane wydawnictwo jakże znanego i cenionego w kręgach kindermetalowych zespołu. Nie trzeba chyba mówić, że chodzi o Dimmu Borgir. Od razu zaznaczę, że nigdy ich nie lubiłem. Nawet jak byłem trzynastoletnim buntownikiem, który uważał, że słucha mrocznej muzyki – miałem na tyle zdrowego rozsądku i rozumu, by ich olać, że aż sam się sobie teraz dziwię. Mimo tych wszystkich uprzedzeń starałem się podejść do tej recenzji od trochę innej strony – na świeżo. W końcu dość długo nic nie wydawali, zaś ja sam nieco postarzałem, a więc istniała szansa, że płyta mi się spodoba – po prostu będzie dobra i odbiegnie nieco od poprzedzających ją tytułów. Czy tak się stało? No cóż..

Na samym początku albumu umieszczono intro. I to tyle na jego, temat bo jego poziom nakazuje jedynie zamieścić informację o jego istnieniu – ani ono nie powala, ani nie rozczarowuje – o, tak sobie jest i tyle. Perkusja brzmi trochę plastikowo, ale idzie to przeboleć, riffy sprawiają wrażenie dość chłodnych i muszę przyznać, że niektóre z nich nawet mi się spodobały. Standardowo mamy tu masę symfonicznych przygrywek i podkładów, których przeznaczeniem jest prawdopodobnie dodanie utworom łuny tajemniczości i mroku. No niech sobie będą, bo to w sumie typowy zabieg we współczesnym melodyjnym black metalu, zwłaszcza w takim, który ma przynosić dochody. Żeby nie było, że się czepiam – nie przeszkadzają mi, ba – niektóre są nawet niezłe. W wielu utworach irytuje motyw wbijającego się na siłę w połowie utworu utworu żeńskiego chórku. Ja rozumiem, że taką mają już stylistykę, ale po co w black metalu – nawet jeśli ma być melodyjny – wyjące baby? I po co tak nachalnie i na siłę – byle by zapchać fragment utworu czymś wpadającym w ucho? Śmiech na sali jak dla mnie. Do nazbyt pretensjonalnej warstwy lirycznej już chyba wszyscy przywykli, ale przyśpiewki w stylu ” I AM THE PUREST CREATURE IN THIS KINGDOM” po prostu rozkładają mnie na łopatki pod ciężarem niemożliwego do pohamowania śmiechu. Wygląda na to, że chłopaki nie postarali się – po raz kolejny. Uznali chyba, że nie muszą, bo doszli do wniosku, że i tak każdy nastolatek w glanach dostanie przy ich płycie orgazmu, cokolwiek wydadzą.

Na koniec wypada mi się zastanowić – do kogo jest skierowana ta płyta? Jednak to pytanie retoryczne. Jest to album dla ludzi, którzy wyrośli już z zespolików serwowanych nam przez stacje muzyczne, ale jeszcze nie są na tyle dojrzali, by sięgnąć po coś ambitniejszego. I niech się dobrze bawią przy „In Sorte Diaboli”. Tymczasem ja żegnam tą płytę i pędzę słuchać Devina Townsenda.

]v[ichał

%d blogerów lubi to: