Przeskocz nawigację

  1. Seit Anbeginn der Zeit… (Intro)
  2. Die Verheissung (Interlude)
  3. Deine Welt
  4. SchwarzerTraum (Interlude)
  5. Mondengel
  6. Der Lockruf (Interlude)
  7. Das Omen im Kreis des Bösen
  8. Lauf der Zeit (Interlude)
  9. Das Rad des Schicksals
10. Das Orakel (Interlude)
11. Der Blaubeermund
12. Sternensturm (Interlude)
13. Im Zeichen des Zodiak
14. Die Brücke ins Licht (Interlude)
15. Laetitia
16. Das Rätsel (Interlude)
17. Der Prophet
18. Land der Hoffnung
19. Anderwelt (Laterna magica)
20. In den Fängen von… (Interlude)
21. Mysteria
22. Friedhof der Engel (Interlude)
23. Die Runen von Asgard
24. Das Erwachen (Interlude)
25. Schwarze Sonne
26. Endzeit (Interlude)
27. Jetzt ist es still

2/10

Mój Boże, ależ ja się narobiłem podczas przepisywania listy utworów. Po prostu idzie się popłakać, bo prawie jak u Rubika. No właśnie, skojarzenie nieprzypadkowe. Die Prophezeiung wydano trzy razy: pierwszy był płytą na gotycką potańcówkę (jako ciekawostkę dodam fakt, że twórca projektu nie jest satanistą, ale po prostu wykorzystuje zgrabnie różne symbole – widać to na innych albumach… ale o tym kiedy indziej, jeśli będę miał jeszcze siłę do tego), druga edycja była wersjami orkiestrowymi tego tworu, a trzecia była konsekwencją sukcesu pierwszej. Czyli reedycją.

Co zatem dostajemy poporcjowanego na dwadzieścia siedem kawałków? No właśnie. Gotycką potańcówkę. Są chóry, są bity, jest przeurocza wokalistka, demoniczny recytator w osobie autora projektu, kupa uniesienia i jeszcze więcej lukru, który się z tego wytwarza. Prawie jak Rubik, bo są nawet wstępy recytatorskie. Ot, taka gothycka (a specjalnie się teraz wyżywam) poprzedniczka Psałterza Wrześniowego. I, podobnie jak ona, pozbawiona logicznych granic. Widać to zwłaszcza przy takich kawałkach jak Anderwelt ze swoim „Anderwelt, gelobttes land…”, czy równie patetycznym, acz w trochę inną stronę, nieśmiertelnym chyba hicie parkietu – Das Omen im Kreis des Bösen.

Nie, nie zrozumcie mnie źle. Da się tego słuchać. Aczkolwiek jak dostaję słodkie wokale, zabiegi rodem z disco polo, czy „Pozytywnych wibracji”, podkręconych jakąś tam ideologią, to dostaję odruchów odrzucających. Na początku, przyznam, było fajnie. Raz można przesłuchać. Więcej razy – nie radzę. Tym bardziej, że wersji klasycznej brakuje tylko klaszczących w dłonie chórzystów i od razu może się to skojarzyć z twórczością blondyna zza miedzy.

f!eld

%d blogerów lubi to: