Przeskocz nawigację

  1. Falling in love again
 2. Lili Marlene
 3. The Boys in the Backroom
 4. You Do Something to Me
 5. You Go to My Head
 6. Black Market
 7. You’ve Got That Look (That Leaves
Me Weak)
 8. I’ve Been In Love Before
 9. Illusions
10. Symphonie
11. Johnny
12.
Ich bin die fesche Lola
13.
Quand l’amour mert
14.
Assez
15.
Moi, je m’ennuie
16.
Allein in einer grossen Stadt
17.
Blonde Women
18.
Give Me the Man
19.
Leben ohne Liebe kannst du nicht
20.
Peter
21.
Mein blondes Baby
22.
This Evening, Children
23.
Who Is That Man?

8/10

Istnieje z kilkanaście wersji tego albumu. To znaczy: jako że sztandarowym utworem Marlene Dietrich była między innymi piosenka „Falling in Love Again”, wydawcom nic nie stało na przeszkodzie, by tytułować tak każdą składankę z jej kawałkami. Dobra, skupmy się zatem na tej edycji (bo taką akurat mi się zdarzyło mieć). No to co my tutaj możemy usłyszeć?

Faktycznie jest tutaj dużo hitów wykonywanych niegdyś przez aktorkę. Czy Marlene była piosenkarką – trudno to określić. Kobieta za przepięknego głosu nie miała, skala też nie była powalająca, jednak najważniejsza była barwa. A tej, zmysłowej i ciemnej (jak choćby w niezaprezentowanym tutaj Go Away From My Window) nie można jej odmówić. Kobieta, gdy trzeba było, potrafiła się wziąć za kabaret (świetne Ich bin die fesche Lola i trochę słabsze, aczkolwiek pełne uroku Black Market), gdy trzeba było – umiała wzruszyć (choćby tytułowa piosenka). Przede wszystkim jednak miała styl. Po prostu posąg, bo i ten styl przyćmiewał wszelkie niedoskonałości wokalne. Teraz te braki i dość zabawny akcent śmieszą, gdy się go porówna z wypicowanymi modelkami, które próbują umieć śpiewać. Tylko, że tamte są zapominane po jednym-dwóch sezonach (pokacie mi człowieka, który za pięćdziesiąt lat będzie pamiętał o Lily Allen, a będzie zwykłym zjadaczem chleba), a Marlene… Cóż, nieźle się kobieta broni.

Nie lubię recenzować best-offów, czy też składanek. Po pierwsze, dlatego, że jest ich od groma. Po drugie, dlatego, że zwykle nie ma na nich cudów. Jednakże ta edycja wcale taka zła nie jest – owszem, brakuje kilku kawałków, jednak cudów nie ma i nikt nigdy nie złoży składanki takiej, która by odpowiadała wszystkim. Tutaj jest bardzo dobrze. Rzecz chyba idealna dla miłośników atmosfery kina międzywojennego i fanów stylu Dietrichowej. A ta kobieta naprawdę była nie byle kim. Staroświecka bogini seksu? Ok, ale wyciągnięta z szafy nie śmierdzi naftaliną. Wręcz przeciwnie, niczym wytrawne wino – im starsza, tym lepsza. Ech…

f!eld

%d blogerów lubi to: