Przeskocz nawigację


  1. Adyta „The Neverending Embrace”
  2. Sensorium
  3. Cry for the Moon „The Embrace that Smothers – Part IV”
  4. Feint
  5. Illusive Consensus
  6. Façade of Reality „The Embrace that Smothers – Part V”
  7. Run for a Fall
  8. Seif al Din „The Embrace that Smothers – Part VI”
  9. The Phantom Agony

Ocena: 5/10

Jest symfonicznie. Jest sopranistka – dodajmy – całkiem, całkiem, jak ktoś gustuje w paniach o płomiennym kolorze włosów. Jest ciężkawo (gitarki, perkusja). I aż do bólu wtórnie.
Punkt drugi wyklucza nam możliwość mówienia o nowym albumie Within Temptation albo o Once Nightwisha. Nieee… Proszę Państwa, przed Państwem EPICA!!!

Dobra, dość sarkazmu, aczkolwiek będzie ostro. Nie lubię – przyznam – wtórności i braku oryginalności. Ostatecznie, zespół ma tworzyć, a nie kopiować bezmyślnie. Od tego są papugi. Bogu dzięki, nowe dzieło Jansena uchroniło się bezmyślności w kopiowaniu. Mamy zatem pociągnięcie pomysłów z dawnego After Forever i zerżnięcie idei wspomnianych już wcześniej albumów. Jest powerowato, epicko, doomowato i romantycznie aż do bólu.

Trudno powiedzieć coś nowego o czymś, co nie jest nowe. Zespół nie odkrywa Ameryki, ale zręcznie wykorzystuje ograne pomysły. W związku z tym mamy niezłe szybkie kawałki (Sensorium, Facade of Reality) i ciekawe powolne, ciężkie, czasem zmieniające się w istne piekło, twory – jak na przykład The Phantom Agony, czy Cry for the Moon. No, tylko, że jest kolorowo, ładnie, sympatycznie, aczkolwiek dość silikonowato. Silenie się na oryginalność z wsadzeniem fragmentu przemówienia Tony’ego Blaira do Façade of Reality daje jeszcze efekt odwrotny do zamierzonego. Muzyka Epiki przypomina filmowego Harry’ego Pottera – wycięliśmy, co dobre, dodaliśmy efektów specjalnych (symfonika, chóry) i puściliśmy. Niby smaczne i sympatyczne, ale sztuczne. I pozostaje uczucie niedosytu przemieszane z wrażeniem, że ktoś nas wyrolował. Zresztą, Epica jawi się jako marketingowy twór jeszcze ze względu na ilość singli do albumu – wydano ich aż trzy, co dorównuje tylko ostro skomercjalizowanemu ostatnio Nightwishowi.

Mimo wszystko muzyka wpada w ucho i nie doprowadza do szału, a Simone ma potencjał. I pokazuje to, o dziwo, zwłaszcza na Feint – balladzie. Zatem – piątka, bo może to mało oryginalne, ale przyjemne. No dobra. Naciągana trochę.

f!eld

2 Comments

    • TheHarou
    • Posted 25 sierpnia, 2009 at 10:34 pm
    • Permalink

    Ehh, Simone jest mezzosopranem, to po pierwsze. oceniasz album po liczbie wydanych singli? sztuczne, znowu sztuczne.. jak muzyka moze byc sztuczna? kolor włosów simone moze byc sztuczny ale nie muzyka, błagam. uwazam ze masz lekką obsesję na punkcie ‚kopiowania’, mam rację? teraz dziwne zestawienie z AF… byc moze po prostu uwazasz ze wszystkie zespoly tych samych lub zblizonych gatunków muzycznych równo od siebie zrzynają?

  1. Po pierwsze: faktycznie, mea culpa, wtedy jakoś pisząc to nie zwróciłem uwagi.
    Po drugie: nie oceniam muzyki na podstawie ilości singli tylko oceniam faktycznie działalność zespołu. A raczej wytwórni. I pisząc tę recenzję miałem dziwne oraz nieodparte nieprzyjemne wrażenie, że ktoś tu na siłę próbuje wypromować zespół za pomocą coraz to kolejnych „gadżetów”, co sugerowałoby, że muzyka, jaką grają, sama nie potrafi się wybronić. (o muzyce zaraz) Cóż, WTEDY byłem idealistą, który wierzył w muzykę niekomercyjną. Teraz już wiem, że takiej nie ma :P
    Po trzecie: muzyka może być sztuczna, jeśli jest wykalkulowana i brakuje jej pasji. A ja tej pasji nie znajdowałem w „The Phantom Agony” – raczej właśnie matematyczne wyliczenie składników tak, by to razem współgrało. Gdzieś się dla mnie zgubiła podstawa grania – czyli właśnie wewnętrzna potrzeba ekspresji siebie.

    Wolę to napisać po raz kolejny: recenzja jest przedstawieniem punktu widzenia recenzenta, a nie medycznym katalogiem wad i zalet, które można obiektywnie ocenić.

    A zestawienie z After Forever jest jak najbardziej na miejscu moim zdaniem. Raz – popatrz, kto założył Epikę, a właściwie jeszcze wtedy Sahara Dust. Dwa – sami muzycy się do tego przyznają. Trzy – popatrz na tracklistę. The Embrace That Smothers pojawiało się już na Prison of Desire. No to chyba jasnym jest, że jeśli linia ideologiczna jest pociągnięta, a muzycy z innej parafii, to porównania się same nasuną?

    Mam inne obawy: że nie odpowiadają Ci moje recenzje (tak Bogiem a prawdą sam bym połowę z nich napisał na nowo) przede wszystkim dlatego, że krytykuję to, co Ci się podoba?


Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: