Przeskocz nawigację


  1. The Mass
  2. Looking for Something
  3. Don’t Go Away
  4. Don’t You Forget
  5. If You Shout
  6. Enae Volare
  7. Avemano Orchestral
  8. Sombre Day
  9. Voxifera
10. The Champions

Ocena: 4/10

Cóż, Eric Levi w końcu zaczął zjadać własny ogon, idąc za tropem mamony. Era począwszy od wspaniałego debiutu zaczęła lecieć ruchem jednostajnym przyspieszonym w dół, i o ile na „Era 2” zawisa jeszcze na jasnych sferach, to „The Mass” sięga już bruku. Jak zwykle jest dbałość o brzmienie, sesje w najznamienitszych studiach, niezwykła (jak zawsze) oprawa graficzna, ale cóż z tego jeśli to tylko zasłona dymna… w tej katedrze nie ma Boga, i niech nikt się nie zdziwi, gdy za podwojami widocznymi na okładce otworzy mu didżej najzwyklejszej dyskoteki.

Idealne porównanie zważywszy na początek albumu: zaczyna się wspaniale – mrok, dzwon, chóry, aż nagle wchodzi transowy beat i pojawia się wątpliwość – czy aby ktoś nie zapomniał dopisać na okładce „dance remix”. A klątwy ma się ochotę miotać jak pożyczonym refrenem okazuje się „Divano” z poprzedniego albumu. Wraz z odgrzewanym „Enae Volare” i rzekomo orkiestrową wersją „Avemano” z albumu pierwszego, z dziesięciu utworów na „The Mass” pozostaje cieszyć się jedynie siedmioma. Tyle, że trzy należy już skreślić… z „If You Shout” na czele, resztę pomińmy milczeniem.

Na cztery punkty w skali przyjemności jednak wystarczyło, no wiec właśnie – ból jest o tyle dotkliwszy, że ciągle są tu utwory genialne (genialne jak na trzecią odsłonę pseudo-duchowych kadzideł). Pierwszy i najważniejszy: hymn „Voxifera” – z początku lotny i strzelisty, przemienia się w ciężki, wypełniony uczuciem dojmującego zamętu i zawieruchy. Jakość w Erze może nie nowa, ale doskonale zrealizowana na tle zamysłu płyty. Piękny jest niedoceniany „Sombre Day” – żałobne instrumentalne interludium, w muzyce Ery będące jednak osobliwym novum. Podobnie nie sposób nie mieć ciepłych uczuć wobec „The Champions” – jako utwór ostatni ta pełna radości pieśń zyskuje podwójnie. Jeśli chodzi o radiową pierwszą połowę płyty – uszanować można jeszcze kawałek drugi i trzeci – w pierwotny koncept wpisują się chyba tylko tym, że po raz pierwszy użyta zostaje autentyczna łacina, ale przynajmniej nie irytują.

No cóż, szkoda, że artysta o niewątpliwym talencie i wyobraźni zaczyna uprawiać marketing już w obrębie swego muzycznego przybytku. Na odwrocie okładki, z katedry został spalony portal – jakże trafne…

Ver.

%d blogerów lubi to: