Przeskocz nawigację


  1. Sweet Sacrifice
  2. Call Me When You’re Sober
  3. Weight of the World
  4. Lithium
  5. Cloud Nine
  6. Snow White Queen
  7. Lacrymosa
  8. Like You
  9. Loose Control
10. The Only One
11. Your Star
12. All That I’m Living For
13. Good Enough

Ocena: 9/10

Z Fallen i Evanescence było tak, że album ów mógł zamienić amerykański band w gwiazdkę jednego sezonu. Going Under, czy Bring Me to Life znali wszyscy, nawet trzynastolatki, dla których Amy Lee była najwyższą instancją w kwestii użycia pudru (i doboru stroju też) (kindergoci, emo itp to największe chyba obecnie źródło dochodów obok fanów hip-hopu…). W związku z tym czekałem na The Open Door z wyraźnym niepokojem, co też Amy i jej trupa jeszcze są w stanie zmajstrować. Na pierwszy rzut oka istniały tylko trzy drogi: najszersza, czyli nagrywamy album bez polotu, tworząc klony starych hitów, żeby się nachapać kasy. Druga, której bardzo niedaleko do pierwszej – próbujemy pogodzić wymagania fanów z naszymi wymaganiami. I trzecia – robimy to, co chcemy, nieważne, jak to się sprzeda.

Co wyszło? Bogu dzięki coś prawie niemożliwego do osiągnięcia – trzeci sposób na przeżycie. The Open Door poza wyraźnie orbitującym na listy przebojów Call Me When You’re Sober nie posiada jakichś wyraźnych załamań. Zresztą, nawet singiel świetnie sobie radzi, wpasowując się w klimat całej płyty. Jest po pierwsze ciężej, niż na Fallen – nie ma już tanich chwytów z gatunku mhrrrroczne intro-zwrotka-refren itd. To znaczy, są. Evanescence nie zamieniło się w drugie Dream Theater, ale Amy poszła w troszkę innym kierunku. Podział na zwrotki i refreny nie jest już tak oczywisty, tu się nie skacze bezmyślnie do byle utworu. Nie ma jakichś postukujących klawiszy w roli przekombinowanego intra, kombinacji z rapowaniem (żeby nie było – Bring Me to Life uważam za naprawdę fajny mariaż, a nie mezalians, o wiele lepiej wykonany, niż Leaving You For Me duetu Tarja Turunen i Martin Kesici) ani patetycznych chórów. Wszystko to przeprawiono, nadano nowego sensu. Teraz nie są to tylko zbędne ornamenty, ale integralne części układanki, pojawiające się tu i ówdzie, by nam ukazać jeszcze bardziej ponure oblicze muzyki. Takie perełki jak Snow White Queen, czy Lacrymosa z powalającym chórem zapadają w pamięć. Nawet subtelna elektronika w Cloud Nine robi wrażenie, jakby bez niej się zawaliła cała płyta, co idzie tylko na plus.

Całość kończy nieziemska wręcz ballada – Good Enough. Podobno to pierwszy utwór, z którego Amy i zespół są zadowoleni. Jak tak, to gratuluję wystawienia sobie cholernie wysokiej poprzeczki. Że też oni jeszcze ją przeskoczyli – aż dziw, że nie jest to bonus track. Cóż, jeszcze jeden powód do zapoznania się z płytą. Dlaczego nie dziesięć? Primo, że Good Enough i tak jakimś cudem się wybija ponad poziom płyty, co znaczy, że mogło być jeszcze lepiej. Secundo, że brakuje mi, mimo wszystko, jakiegoś typowego wyciskacza łez, którym na Fallen było My Immortal. Sniff sniff… Jazda obowiązkowa.

f!eld

%d blogerów lubi to: