Przeskocz nawigację

  1. World of Wonders
  2. Skies Above Lovelands
  3. Euphoria
  4. The Miracle of Moona
  5. Fairytale
  6. Eternal
  7. The History of Sandman
  8. Time Passengers
  9. Sleep
10. Rain Temple
11. Minuit

Ocena: 5+/10

Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że projekt F.R.E.U.D. jest w zasięgu polskich sklepów muzycznych. Co prawda nie jest to wydawnictwo nowe (a na razie jedyne spod szyldu F.R.E.U.D.) – jednak uchował się gdzieś na półkach, będąc mi znany jedynie z przelotnych wizyt w działach new age.

No więc, jest to płyta która niczym innym nie jest tak spaprana jak układem utworów, który kosztuje słuchacza nieco nerwów. Cały problem polega na tym, że pierwsze dwa są wręcz genialne, kolejne dwa niezłe, ale potem nie ma absolutnie nic porównywalnego (no może „Rain Temple”), co już zaczyna drażnić gdy się dochodzi do końca (będąc już wystarczająco podenerwowanym przez „Fairyland” i „Eternal”). Odrobina wyjaśnienia. „Time Passengers” jest albumem zrealizowanym technicznie na piątkę („Skies Above Lovelands” na szóstkę) – ale cały ten electro-poetycki projekt rozbija się o lirykę. Człowieka może w końcu zemdlić od tych wszystkich „fantasy-dream-fairyland-love-eternal-unity-reality-imagination”. W takich momentach nieznajomość angielskiego to błogosławieństwo. Nigdy nie sądziłem, że niski poziom tekstów zakole mnie bardziej na polu new-age niż muzyki z mtv. No niestety, tak się stało.

O tyle mam trudny orzech do zgryzienia, o ile wspaniałych utworów i pomysłowości tu nie brakło. „The Miracle of Moona” i „Minuit” przypominają stare dzieje muzyki elektronicznej i przywodzą na myśl nastroje z wczesnego Oldfielda, a „Skies Above Lovelands” to majstersztyk brzmienia, którego nie powstydziłaby się Enya. Jest jeszcze osobliwość w postaci „Rain Temple” – kojąca melodia organów kościelnych i plusk kropel, dosyć zjawiskowy kawałek, który da się lubić.

Reszta wykazuje nieznośne objawy taniości w postaci tandetnych melodyjek. Takie „Fairyland” przypomina mi Modern Talking w wykonaniu Wróżki Chrzestnej, a powtarzane do znudzenia „life is eternal” doprowadza do szału. Z drugiej strony, szeroka paleta instrumentów i udane wokale jakie wyśpiewuje Irlandka Cora O’Donovan (choć nie jestem fanem tej barwy głosu) – nie pozwalają tak całkiem przekreslić tego albumu, ani też całego projektu F.R.E.U.D. A irytacji słuchacza można by uniknąć, gdyby przearanżować nieco kolejność utworów, łagodząc znacznie negatywne wrażenie.

Cóż, autor muzyki pan Hauss niech się stara bardziej, niech się nie daje wpływom disco-germano, Corze O’Donovan życzymy powodzenia, a autora tekstów (nazwisko znane redakcji) należy wysłać na zwolnienie – niech pisze dla Enigmy ;) Wtedy będzie można sięgnąć po F.R.E.U.D. bez obaw i tabletek uspokajających.

Ver.

%d blogerów lubi to: