Przeskocz nawigację


  1. Rachmaninov Choir
  2. Pestilencia
  3. Heavenly Damnation
  4. The Final Victory
  5. Saltarello La Manuelina
  6. Awaking The Centuries
  7. Statement Zur Lage Der Musica
  8. In A Fullmoon Procession
  9. Menuett
10. Prophecy Fulfilled: And The Dark Night Entered
11. Courante
12. Rachmaninov Choir (Long Version)

Ocena: 7+/10

Ci, którzy słyszeli „And Thou Shalt Trust… The Seer” i spodobało im się to, co Haggard tam zaprezentował, raczej nie będą mieli powodu do narzekania po wysłuchaniu „Awaking The Centuries”. Haggard poszedł niestety najprostsza możliwą drogą – nagrał bezpośrednia kontynuację swojego pierwszego albumu, nie wprowadzając prawie żadnych zmian do swojego stylu. Bo czy niewielkie zmniejszenie roli gitar można nazwać rewolucją? Mimo to muzyka wciąż stoi na wysokim poziomie, Haggard mimo tego, ze porusza się ciągle w obrębie tej samej stylistyki, potrafi wykorzystać swoje możliwości. Już „Rachmaninov Choir” i „Pestilencia” nastrajają optymistycznie. Pierwszy z tych utworów to delikatna, wręcz mistyczna wokaliza chóru, a drugi zwraca uwagę rytmicznymi, marszowymi bębnami i fletem. Dalej jest jeszcze lepiej.

Na początku „Heavenly Damnation” pojawia się chór, potem wchodzi growl i gitary do których dołączają się smyczki, na końcu chor ponownie dochodzi do głosu (w bardzo dobrym stylu). „Final Victory” to rytmiczne smyczki, marszowe bebny, recytacje, wokalizy choru, obój. Później do głosu dochodzi chór (juz z pełnią mocy), na przemian z wokalista i growlem, który wykorzystuje motyw z „Heavenly Damnation” (tutaj się czepię, można było się wysilić, a nie wykorzystywać gotowe).

„Saltarello La Manuelina” pełni funkcje typowej „zapchajdziury” – nic specjalnego, ale nie chce się przełączać na następny w kolejce utwór tytułowy, będący esencją tego co w Haggardzie najlepsze. Szczerze rekomenduję „Awaking The Centuries” tym, którzy Haggardu nie znają – zawiera wszystko co charakterystyczne i słucha się tego naprawdę dobrze. Potem kolejna „zapchajdziura” i zaczyna się najlepszy fragment płyty – marzycielski, z prawdziwie filmowym napięciem „In A Fullmoon Procession”. Warte grzechu i 5 minut wyjętych z życiorysu. Po krótkim instrumentalnym przerywniku mamy „Prophecy Fulfilled: And The Dark Night Entered”. Najagresywniejszy utwór na płycie, ale słucha się dość przyjemnie, choć w pamięć nie zapada. Na zakończenie kolejna ładna „zapchajdziurka” i dla domknięcia klamry kompozycyjnej – nieco dłuższa od pierwowzoru wersja intra.

Haggard nie nagrał nic odkrywczego, bo karty zostały odkryte juz wcześniej. Doskonale jednak porusza się w obrębie określonej, charakterystycznej tylko dla siebie, stylistyki. Album tak samo dobry jak poprzednik (miejscami nawet lepszy), mam tyko do zarzucenia jedna rzecz – za dużo „zapchajdziur”. Co prawda całkiem niezłych, ale „zapchajdziury” nie świadczą dobrze o zespole.

Poquelin

%d blogerów lubi to: