Przeskocz nawigację


  1. Funerali
  2. Les habitants du soleil
  3. Omnis Mundi Creatura
  4. Begirlich in dem Hertzen Min
  5. Je chante par couverture
  6. Gegen einem Teufel
  7. Fama Tuba
  8. Lösespruch
  9. Sancte Sator
10. Du bist min
11. Do tagte ez
12. Les habitants du soleil (Reprise)
13. Iuvenes
14. Selig

Ocena: 8/10

Gdy w roku 1995 Ernst Horn wydał ostatni album „Qntal II” jeszcze jako muzyk tej grupy, musiało minąć jeszcze 6 lat nim usłyszeliśmy jego własny owoc średniowiecznych zamiłowań; i o ile to pierwszy Qntal był prekursorskim dziełem w tej stylistyce, to swego rodzaju przetworzenie jakim jest Helium Vola zdaje się sięgać w nieco inne sfery, uderzać w nieco inne nastroje, śmiałbym powiedzieć, że rodzić oryginalniejsze pomysły… zwłaszcza dzisiaj, gdy drogi obu projektów znacznie się rozeszły.

Można odczuć, że Horn działa tu bardzo swobodnie i całkowicie na własną rękę. Mimo podobnej do Qntal stylistyki, Helium Vola korzystając nadal z brzmień mrocznych i zimnej elektroniki kreuje atmosferę pełną światła: począwszy od nazwy, przez tematykę, wokal czy dźwięki, ale nie melodie, która nadal pozostaje pełna melancholii. Miałem tę przyjemność poznać Helium Vola nie znając Qntal i nie postrzegając tego przez pryzmat wcześniejszych dokonań Horna.

Album kipi od pomysłów i rozmaitych form, co jednak sprawia, że niektóre utwory jawią się jako elementy niepasujące do układanki. (np. posępne intro „Funerali” pełne łkań z pogrzebu ofiar Kurska, czy podobne w formie „Iuvenes” bądź bardzo eksperymentalne, psychodeliczne „Gegen einem Teufel”). Przeważa jednak melancholijne piękno, przejmujące wokale i niespotykane brzmienia, gdzie poetycka wizja miesza się z surowością syntetycznych dźwięków . Wiele utworów zapada w pamięć i każe do siebie powracać jeszcze długo potem.

Od razu chcę zwrócić uwagę na wspaniałe „Les Habitants du Soleil” – słucha się go z uczuciem podobnym do patrzenia w słońce. Mistrzowskie wysokie wokalizy zdają się oślepiać, a potem wraz z męskimi wokalami rozlewają się jak łzy w ujmujące pasaże, raz transowe, raz pełne napięcia ale i wielkiego spokoju. Utwór-doznanie, jak i nieco bardziej improwizowana „Reprise” w drugiej części albumu. Są jeszcze dwa utwory, które czarują w ten sposób. Jeden to lament „Begirlich in dem Herzen Min”, a drugi to wręcz hipnotyczna zamieć śnieżna głosów „Lösespruch” – dreszcze… Są nieco mocniejsze (czy lepsze?) elementy jak pierwszy singiel „Omnis Mundi Creatura” – przykład nieco techno-transowej, osobliwej elektroniki i chóru, „Je chante par couverture” gdzie ponad śpiew pani Lutzenberger wznosi się syntetyczne pobrzękiwanie wraz z średniowiecznym instrumentarium; czy „Do Tagte Ez” gdzie pojawiają się elektryczne gitary i perkusja…

Na koniec jeszcze o dwóch utworach wyróżniających się na swój sposób. „Fama Tuba” – pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy to „hip-hop po łacinie”, sprawia wrażenie nieco zakręconej, medieval-awangardy, ale to trzeba usłyszeć. I na koniec zamykający album 8-minutowy posuwisty, rytmiczny „Selig” – o wspaniałej melodii zbudowanej wokół staroniemieckiego poematu „Saelic, saelic, sie diu wunne” (to dla Niemców coś a la nasza „Bogurodzica”) – świetne zwieńczenie albumu i zdecydowanie jedna z najlepszych rzeczy na albumie. O ile po „Liod” będziecie gwizdać refren „In Lichter farbe…”, tutaj gwarantowane podśpiewywanie refrenu „Selig” ;)

Mamy w puli 10 punktów… Album bardzo dobry, ale nie doskonały – minus jeden. Druga rzecz to nierówność w stylistyce, o ile na „Liod” mamy do czynienia z Helium Vola, którego słucha się od początku do końca, tutaj czasem ma się ochotę na „skip”… – minus jeden. I to wszystko :) Poza tym fascynujące pomysłami, fascynujące dziwnym urokiem, fascynujące jako pierwsze dzieło spod szyldu Helium Vola.

Ver.

%d blogerów lubi to: