Przeskocz nawigację


1. Seele in Not
2. Requiem
3. Lacrima Mosa
4. Der Ketzer
5. Der Letzte Hilfeschrei
6. Tränen der Existenzlosigkeit

Ocena: 7/10

A zatem moment ów nadszedł… Angst, pierwszy album Tilo Wolffa w moich rękach. Już od dawna przymierzałem się do napisania recenzji jednego z kamieni milowych współczesnej muzyki (bo i czym by ona była bez dusznego gotyku z pierwszych płyt Lacrimosy?).

Angst po niemiecku znaczy strach. I tak jest rzeczywiście z tym albumem – wywołuje pewną grozę, gdy słuchać go po północy, samemu, w listopadowy wieczór. Serwowane nam są ascetyczne dźwięki, gdzieniegdzie przetrawione przez elektronikę, brzmiące, niczym skrzypienie drzwi. Już Seele in Not przeraża swoimi organami i piekielnymi krzykami, jednak prawdziwy szok (i może lekki niesmak) przychodzi z Der Ketzer, gdzie heretykiem zostaje obwołany papież (przemówienia Jana Pawła II przewijają się przez ten kawałek). Dziwi to, choć patrząc na późniejsze nawrócenie Tila, można ostatecznie wybaczyć. Tym bardziej, że koncepcyjnie i muzycznie wypada to nieźle. Podobnie i Requiem, czy Der Letzte Hilfeschrei.

Drugi punkt (choć chronologicznie wcześniejszy), wywołujący zainteresowanie, to instrumentalne Lacrima Mosa. Piękny utwór fortepianowy stanowi niejakie preludium do pokręconego Der Ketzer.

Apogeum czerni stanowi jednak ostatni utwór. Słyszymy pogrzebową muzykę, melorecytację Tila i wszechobecne elektroniczne dźwięki. Chaos i horror – tylko dla wytrwałych.

Dziwny ten album. W gruncie rzeczy jest to zupełnie inny zespół, niż ten, który popełnił Lichtgestalt i Echos – jesteśmy świadkami braku układu zwrotka-refren-zwrotka-refren-solówka-refren do potęgi n-tej. Zamiast tego kompozytor stawia na klimat – piwniczny, chorobliwy (co zresztą nieźle mu wychodzi). Hermetyzm jednak i wszechobecna paranoja sprawiają, że płycie należy się siódemka. Ludzi innych niż zatwardziałych fanów i ortodoksyjnych gotów ta muzyka wystraszy.

A na bonus: okładeczka demo, Clamor:

f!eld

%d blogerów lubi to: