Przeskocz nawigację


  1. Kyrie (Overture)
  2. Durch Nacht und Flut (Suche I)
  3. Sacrifice (Hingabe I)
  4. Apart (Bittruf I)
  5. Ein Hauch von Menschliechkeit (Suche II)
  6. Eine Nacht in Ewigkeit (Hingabe II)
  7. Malina (Bittruf II)
  8. Die Schreie sind verstummt (Requiem)

Ocena: 6/10

Co by tu można powiedzieć o przedostatnim już albumie, który chyba będzie tym najsławniejszym w całej dyskografii Lacrimosy? Problem w tym, że najsławniejszym, ale nie w sposób, w jaki sobie wyobrażali to pewnie Tilo i Anne. Przyznam, mam ciężki orzech do zgryzienia. Osobiście mi album przypadł do gustu, ale innym – a zwłaszcza ortodoksyjnym fanom – nie musi.

Pierwsze, co się rzuca w oczy to przerażająca długość utworów. Oczywiście, już wcześniej na albumach bywały naprawdę rozbudowane – i przemyślane zarazem – kompozycje. Tutaj jednak na osiem piosenek tylko dwie schodzą poniżej pięciu minut. Oczywiście, efekt przeciągania długości utworu ma swoje odbicie nieraz na jakości. Najbardziej to widać w Sacrifice, które dla mnie jest zbyt wymęczone i po prostu nudne. Poza tym, skoro już jesteśmy przy formie – singlowy Durch Nacht und Flut ma się nijak do reszty płyty, zupełnie jej nie oddaje. Ten pierwszy przypomina seans terapeutyczny Tila – jest wesoło, sympatycznie i kolorowo (jak na Lacrimosę, oczywiście). Reszta albumu natomiast jest chyba najbardziej dołującą (i najmniej zróżnicowaną) dawką muzyki spod znaku arlekina jeśli nie od Einsamkeit, to przynajmniej od Satury. Poza tym jest dość mętnie – dla mnie Ein Hauch i Eine Nacht niczym się nie różnią we wspomnieniach – po prostu jako smętne, lekko jazzujące, miejscami aspirujące pod pokręcony, trip-hopowy styl, utwory. Smętne, dodajmy, w dobrym znaczeniu tego słowa – a zatem jest, do czego pomyśleć, popłakać (heh…).

Natomiast zarzut, jak postawiono Wolffowi został sformułowany następująco: za mało pazura, za dużo smęcenia i biadolenia. Rzeczywiście – gitary gdzieś zepchnięto w bok, perkusja też taka niezbyt wyraźna. Rock, czy też może i metal, stał się dodatkiem do muzyki klasycznej, przez co zostały zupełnie wywrócone proporcje – i to w dość drastyczny sposób – wystarczy posłuchać monumentalnego Kyrie – ZERO starej Lacrimosy, sama muzyka klasyczna. Od początku aż do końca.

No dobrze, to dlaczego akurat mi się podoba Echos? A nie ukrywam, bardzo mi podeszło do gustu. Po pierwsze – za przepiękne Kyrie, którego mógłbym słuchać godzinami. Po drugie – za Malinę, która bije na głowę przegadane i przereklamowane Halt mich. Ten klawesyn rozbraja. Wyjątkowo psychodeliczny kawałek. Po trzecie – za smaczki w utworach, takie jak przepiękne skrzypce w Eine Nach in Ewigkeit (jedyne, co zapamiętałem) i na sam koniec – za wyjątkowo perwersyjne (nie wiem, do końca dlaczego, ale mam takie odczucia, jak tego słucham) Die Schreie sind verstummt. Poza tym – całkiem niezły z tego album, dobrze się go słucha. Ponad godzina rewelacyjnego mariażu muzyki klasycznej z gotykiem (w tej kolejności). No i najważniejsze – Apart śpiewane przez Anne po raz pierwszy nie wybija się tak z całości, sprawia wrażenie dobrego dopełnienia, a nie zapychacza.

Reasumując – 4, najwyżej 5 dla ortodoksów zakochanych w Elodii, Stille, Saturze i ich poprzednikach oraz 7, może i 8 dla mnie. Co daje…

f!eld

%d blogerów lubi to: