Przeskocz nawigację


Akt I  
  1.
Am Ende der Stille
  2. Alleine zu zweit
  3. Halt mich
  4. The Turning Point

Akt II
  5. Ich verlasse heut’ dein Herz
  6. Dich zu töten fiel mir schwer

Akt III
  7. Sanctus
  8. Am Ende stehen wir zwei

Ocena: 8/10

No cóż. Doszło do tego, że muszę się zmierzyć z legendą sceny gotyckiej. Z „Elodią” Lacrimosy. Dla większości słuchaczy będzie to objawienie. Dla mnie – bardzo dobra, ale nie rewelacyjna płyta.

Zaczyna się nieźle – Am Ende der Stille umiejętnie wprowadza słuchacza w klimat, by go potem już doszczętnie przygwoździć singlowym Alleine zu zweit. Oba kawałki są bardzo dobre i – gdyby płyta była utrzymana na tym poziomie non-stop – mielibyśmy drugą dziesiątkę. Niestety zaraz potem pojawia się Halt mich. Oczywiście, instrumentalizacja jest – jak zwykle – rewelacyjna – ale już wokal nie bardzo. Już nawet nie chodzi o to, że Tilo nie śpiewał nigdy rewelacyjnie, ale o to darcie się w refrenie. Jak dla mnie – przerost formy nad treścią.

No i The Turning Point. Osobiście lubię ten utwór. Anne pokazała, co znaczy „śpiewać drapieżnie”. Pokazała, dodajmy, bardzo wyraźnie i z sensem. Jest za co ją pochwalić.

Potem kolejny, piąty już utwór. I kolejne oczko w dół. Osobiście uważam to za nudy – i chociaż jest tutaj duża doza uczucia, to jęki Tila – tak lubiane przeze mnie ;) – tutaj mnie drażnią. Zbyt długie to i zbyt przegadane. Powiedzmy jednak, że Dich zu toeten… rekompensuje tę stratę. Jest agresywnie, w stylu może bardziej Stille, niż Elodii, ale za to jak należy – dobra muzyka, niezłe przejścia, niezłe krzyki z obu stron duetu.

No i moja rodzynka – Sanctus. Właśnie to dzięki niemu i – ewenutalnie – Auf die Strasse der Zeit – można powiedzieć, że Lacrimosa symfonią stoi. Oczywiście, mówimy tu o tych kilkunastominutowych opi magna. Po prostu rozkosz sama w sobie. Doskonale stopniowane napięcie (te werble!) i całkiem nieźle rozwiązana kwestia wejścia Tila do akcji.

Potem mały zjazd w dół – Am Ende stehen wir zwei. Tutaj już jest mniej kolorowo – zakończenie jest dla mnie na tyle monotonne, że nie pamiętam go ani trochę.

Szkoda, że pojawiły się wpadki w postaci Halt mich, Ich verlasse… i Am Ende… Szkoda, bo mógłbym postawić 10 bez żenady i w ten sposób dołączyć do grona recenzentów, którzy wychwalają Elodię pod niebiosa. Nie pozwalają mi na to jednak wrodzona uczciwość i czepialstwo. Z perspektywy czasu bardziej dojrzała wydaje się być Fassade, Elodia zaś tryska przy niej młodzieńczą energią. I to za tą energię zapamiętają ją ludzie jako najlepszy, jak do tej pory, album Lacrimosy. Fassade może być zbyt monotonna i złożona.

Teraz jednak powinienem napisać jeszcze jedno: jeżeli, Drogi Czytelniku, nie słuchałeś jeszcze Lacrimosy, to zacznij od Elodii, a dopiero później Fassade – jeżeli jesteś zwolennikiem zespołów pokroju Therion, Nightwish, czy inne produkty z symfoniką i wokalistką. Jeżeli zaś siedzisz już w gotyku (i nie znasz niemieckiego duetu? Wstyd i hańba…), to sugeruję złożone Fassade. Dla mnie to właśnie ono jest bowiem najlepszym dowodem na geniusz Tila. Elodia to miły przerywnik – zbyt cukierkowy może i zbyt trącący popularnymi chwytami.

Broń Boże w każdym razie nie zaczynajcie od Stille ani Echos. Zbyt duże skrajności w twórczości tego zespołu (pomijam świadomie całą twórczość aż do Inferno, gdyż to zupełnie inna para kaloszy… Ale to inna historia i opowiemy ją innym razem).

f!eld

PS Do tych, którzy chcą mnie zlinczować: oczywiście, że bez Elodii nie byłoby i Fassade. Ale kto mówi, że Mozart od początku był geniuszem i pisał bezbłędnie?

%d blogerów lubi to: