Przeskocz nawigację


  1. Intro
  2. Kabinett der Sinne
  3. Versiegelt glanzumströmt
  4. No Blind Eyes Can See
  5. Schakal
  6. Vermächtnis der Sonne
  7. Copycat
  8. Der Kelch des Leben

Ocena: 8/10

Nie wiem dlaczego podarowano mi zaszczyt skrobnięcia słowa na temat „Inferno”, które czekało na skompletowanie wciągającej lektury wrażeń nad dorobkem Lacrimosy. Zdecydowanie nie jestem wielkim fanem wczesnego Wolffa, i może właśnie na tym polega cały szatański eksperyment, ale przejdźmy do rzeczy.

Zastanawiam się na ile jest to kulminacja stylistyki obranej przez Lacrimosę, a na ile przejście od transylwańskiego gotyku do bardziej symfoniczno-rockowych nurtów. Jednak kolejne podejście utwierdza mnie w przekonaniu, że to nie jest tylko jakieś brakujące ogniwo łańcucha nie tylko pokarmowej ewolucji naszego szwajcarskiego wampira. Chyba właśnie na „Inferno” melanż rocka, symfoniki i upiornego gotyku nabrał najbardziej specyficznych cech. Początek przywodzi na myśl ziejące chłodem klimaty „Angst” by w porządnym „Kabinett der Sinne” przybrać nieco drapieżniejszą postać, ktora skolei od rockowego ducha przechodzi w gorzki romantyzm solowej gitary akustycznej w „Versiegelt glanzumströmt” – przyznam, że brzmi to dość świeżo, jak na teatr Arlekina. Zwłaszcza, że tutejsze gabinety kryją więcej różnorodnych niespodzianek. Mamy tu jeszcze ten żałobny ton w wokalu którego zabrakło potem, tak samo jak iście pierwszoplanowych wrzasków. Pojawia się po raz pierwszy kobiecy wokal Anne Nurmi (świetne „No Blind Eyes Can See”).

Jeszcze niedawno gotów byłbym prosić się o listy z pogróżkami, a to za sprawą mojego faworu na rzecz „Kabinett der Sinne” względem „Schakala” który to zdawał się zdychać pośrodku, jakby nazbyt rozsmarowany na infernalnej posadzce między Kabinett, a dużo bardziej padlinożernym „Copycat”. Przymioty utworu-legendy należy mu jednak oddać. W dodatku w pewien sposób dopełnia on całej formy albumu, która tworzy swego rodzaju kanon na ‚nową’ Lacrimosę, dopiętą na ostatni guzik, 14-minutowym „Der Kelch des Lebens”, które mogłoby być doskonałym zwiastunem przyszłego „Stille”.

Miałem psioczyć, że to tylko przygrywka przed odmianą, lub echo po starych dziejach, ale „Inferno” poczyna sobie we własnej lidze zupełnie nieźle. Można narzekać, ale… sen-mara, Bóg-wiara, dobre „Inferno” nie jest złe, a bez tego całokształt dyskografii nie byłby taki jaki jest. W końcu „Stille” panuje nam w tej epoce miłościwie, zatem ocena myślę jest słuszna.

Ver.

%d blogerów lubi to: