Przeskocz nawigację


  1. Sapphire
  2. Kelch der Liebe
  3. Lichtgestalt
  4. Nachtschatten
  5. My Last Goodbye
  6. The Party is Over
  7. Letzte Ausfahrt: Leben
  8. Hohelied der Liebe
  +ukryty: The Party is Over (Akustik version)

Ocena: 7/10

Na początku był zachwyt. Potem skowyt. A potem… No cóż. W czym rzecz: Lacrimosa wydała dobry album, ale tylko dobry. Po Echos, które, nie wiedzieć do końca czemu, przyniosło rozczarowanie, Lacrimosa postanowiła wyjść z impasu i wrócić do tradycji. Czyli do łojenia i psychodelicznych aranżacji oraz wymieszania tego z muzyką klasyczną. Jak mam byś szczery, to nie bardzo mi ten powrót przypadł do gustu. Owszem, album jest dobry, po jednokrotnym przesłuchaniu bardzo mi się podobał (chwytliwe Kelch der Liebe, Lichtgestalt, Letzte Ausfahrt; smutne ballady jak The Party is Over), choćby dlatego, że wszystko było na swoim miejscu. Charakterystyczne też jest, jak zwykle, zakończenie z „wykopem”, tym razem jednak dość anemicznym. Sanctus, Fassade 3te Satz, czy nawet Die Schreie Sind Verstummt sprawiały wrażenie, że Tilo ma niespożytą energię. Tutaj Hymn o Miłości jest dość… monotonny. Niby dobrze się go słucha, ale jest najzwyczajniej rozmemłany i naprawdę fajne kawałki w utworze (jak refren) zostały przyćmione wyjątkowo zrezygnowanym wokalem Tila. Szkoda, bo utwór ma potencjał.

Drugi zarzut to paranoidalne The Party is Over, gdzie Tilo postanowił zaśpiewać po angielsku, czym mnie utwierdził, że Niemcy nie umieją śpiewać w tym języku. Efekt jest komiczny i drażni. Znów szkoda, bo gdyby to było po niemiecku, to mogłoby być rewelacyjnie.

No i trzeci zarzut to Sapphire, gdzie Tilo miał mieć aspiracje nawet do growlowania. Utwór sam w sobie jest bardzo dobry, ale to, w jaki sposób „growluje”, przypomina bardziej astmatyka w akcji. Ogólnie rzecz biorąc jest dziwnie. Bardzo dziwnie. Poza tym, nie wiedzieć, czemu, Wolff w ogóle strasznie się wydziera na tym albumie. Chyba nie wychodzi to płycie na dobre.

No, ale muszą być jakieś plusy. Ano, są, i jest ich wiele. Po pierwsze: Lichtgestalt, które jest bardzo fajnym utworkiem, z ciekawym wstępem (i znów hipnotyczną melorecytacją Tila) i refrenem. Po drugie – Letzte Ausfahrt: Leben, moim zdaniem jeden z najmocniejszych punktów na albumie. Dobrze zaaranżowany, ma melodię, niezły refren. Tilo też niezbyt się wydziera. Podobnie z Kelch der Liebe, które też bardzo ładnie wyszło.

Nie popisała się tym razem Nurmi – w każdym razie w porównaniu z Apart jej My Last Goodbye wyszło średnio ciekawie.

Na plus trzeba jednak powiedzieć, że album jest składny i przyjemny. Wszelkie niedoróbki nadrabiają też aranżacje symfoniczne, które są interesujące i – gdyby nie nieszczęsne Hohelied… – można by powiedzieć, że stanowią najmocniejszy punkt programu. A tak jest nim perkusja. No cóż, u Lacrimosy jest to dla mnie klasa sama w sobie – nie nachalna, ale wyczuwalna.

Tilo po raz kolejny dowiódł, że kompozytorem może i nie jest wielkim, że śpiewać nie umie – to już było wiadomo od dawna – ale za to potwierdził, że jest mistrzem teatru i wciągania ludzi we własne pomysły (słuchaczy również)… Po niepokojąco odbiegającym od schematów Echos wrócił do klasyki gothmetalu. Sprawiedliwa siódemka. Płyta zwarta i dobra.

f!eld

%d blogerów lubi to: