Przeskocz nawigację


  1. Lacrimosa Theme
  2. Kelch der Liebe
  3. Schakal
  4. Ich bin der brennende Komet
  5. Malina
  6. Alles Lüge
  7. Not every pain hurts
  8. Letzte Ausfahrt: Leben
  9. Halt mich
10. Alleine zu zweit
11. Durch Nacht und Flut
12. The turning point
13. Road to pain
14. Vermächtnis/Kabinett
15. Tränen der Sehnsucht
16. Seele in Not
17. The party is over
18. Ich verlasse heut’ Dein Herz
19. Stolzes Herz
20. Der Morgen danach
21. Siehst du mich im Licht?
(bonus LTD Edition)
21/22. Copycat
22/23. Lichtgestalt
23/24. The Last Millenium(studio ver. – bonus LTD Edition)

Ocena: 7/10

Nie da się ukryć, że Lacrimosa jest zespołem, którego pozycji prawdopodobnie nic – poza totalnie kompromitującym albumem – nie jest w stanie ruszyć. Kilkanaście lat obecności na scenie muzycznej robi swoje – i albo się wydaje best-offa z b-side’ami, przed czym, na szczęście, muzycy zespołu nas uchronili (raz, że tutaj każdy woli coś innego, choć da się wymienić paru faworytów jak Schakal czy Ich bin der brennende Komet), wydając tylko b-side’y przy okazji reedycji paru albumów (Vintage Classix). Niby koncertówka to taki best-of, bo wiadomo – zespół gra głównie po to, żeby zaprezentować się z najlepszej strony (a przy okazji i zaprezentować nowy album).

Cóż, tutaj jest trochę inaczej. Lichtjahre to soundtrack do dvd pod tym samym tytułem będącym zapisem tras koncertowych Lacrimosy. Nie oczekujmy zatem tutaj regularnego show, raczej… „the best-of” koncertowego. No właśnie, teraz pytanie, czy taki best-of?

Niby, patrząc na listę utworów, tylko kilka może wzbudzać zdziwienie. Ot, takie Road to Pain wywołało we mnie lekkie zdziwienie. Zasadniczo jednak, merytorycznie i edycja zwykła i limitowana z dodatkowymi dwoma utworami nie wywołują zastrzeżeń.

Gorzej z wykonaniem niektórych utworów. O ile pierwsza płyta jest w miarę równa i pozbawiona wzlotów i upadków (chociaż ALles Luege zostało totalnie pozbawione pazura, przypomina bardziej pojękiwania znudzonego artysty, zwłaszcza początek) i kończy się rewelacyjnym Durch Nacht und Flut (miło, kiedy zespół dba o fanów i śpiewa jedną zwrotkę zamiast po niemiecku to po hiszpańsku – do tej pory tylko na jakieś wyciągniętej z czeluści edycji Echos można było znaleźć ten kawałek i stał się on prawie jednorożcem w dyskografii zespołu), to o tyle druga część albumu wywołuje na przemian zgrzytanie zębów i euforię.

Na zgrzytanie zębów zasługują: anemiczne The Turning Point, pseudoagresywne Road to Pain, dalej – Traenen der Sehnsucht, pozbawione jakoś wyrazu Stolzes Herz i karykaturalne, wymęczone aż do bólu Copycat. Szczerze mówiąc, do tej pory zastanawiam się, czy nie wrzucić i do tego worka hybrydy Vermachtnis/Kabinett, bowiem pierwszy utwór został odśpiewany znów a la kastrowany kot na początku – potem jest już o wiele lepiej – i, co gorsza, przejście jest mało płynne i sztuczne. Końcówka za to… można powiedzieć, że rekompensuje niesmak wywołany tym przeskokiem.

In plus natomiast zapisują się – o dziwo – The Party Is Over, które nabrało trochę wyrazu dzięki gitarom, dalej – Seele in Not (miło, że Tilo pamięta o korzeniach), Siehst du mich im Licht, które wreszcie brzmi jak trzeba – czyli jest i ciężko i agresywnie, Lichtgestalt – bardzo dobry kawałek już i na albumie.

No i rodzyna wersji zwykłej – na wpół zaśpiewane, na wpół wydeklamowane, niczym cygański romans, z uczuciem, jakiego już dawno nie słyszałem – Der Morgen danach. Nic, tylko się utopić idzie w tym początku…

Dodatkową atrakcją całego albumu miało być The Last Millenium. I jest. Jeśli ten utwór, który też był owiany legendą, miałby być wraz z Lichtgestalten zapowiedzią nowego stylu, jaki obierze Lacrimosa – czyli więcej metalu w tym symfoniczno-gothmetalowym sosie, to bym nie płakał. Jest dobrze i ciekawie, riff całkiem interesujący (chociaż przywołuje wspomnienie niektórych innych piosenek, niekoniecznie Lacrimosy), z ciekawym refrenem… Nawet ten kaleczony angielski da się przeżyć. I chociaż słyszałem już zarzuty, że Anne to pewnie elektroniczny stwór gdzieś z odmętów kolejnego syntezatora (posłuchajcie jej śpiewu w tym kawałku), to takie Vermachtnis/Kabinett już temu skutecznie zaprzecza. Ona naprawdę dysponuje niezwykłą barwą głosu – odhumanizowaną w pewien spoób i niską. Oczywiście, w piosence słychać reminescencje elektroniki, ale nie posłużyła ona raczej do retuszowania, czy raczej mutacji, wokali.

No i pojawia się teraz kwestia oceny. Tutaj jest mi naprawdę ciężko, bo pierwsza płyta w gruncie rzeczy zasługuje na 5, czy raczej, obniżającemu loty zespołowi – mimo wszystko – nawet na 4 (za karę) (albo na 6 na pocieszenie, zależy jak patrzeć), a druga płyta, zwłaszcza edycji limitowanej, już się wyrabia na 7 z plusikiem, może nawet osiem. Dobra, siódemka z zaznaczeniem, że zespół taki jak Lacrimosa – i to mi uświadomiło dvd – to już nie gotycki band, czy nawet maszynka do zarabiania pieniędzy. To po prostu fenomen socjologiczno-muzyczny, który porwał swoją wizją już setki tysięcy ludzi. Siódemka zatem dla ortodoksa ocenowego. Fani i tak to kupią, reszcie się może sprawić na zapoznanie jako subiektywny best-of. Lacrimosa przebyła już długą drogę i faktycznie miną lata świetlne, jeśli ktoś ich doścignie na polu granej przez nich muzyki. Czyli symfonicznego gothmetalu po niemiecku.

f!eld

%d blogerów lubi to: