Przeskocz nawigację


 1. Czas powoli (blues)
 2. Noc ciemna
 3. Ile razy trzeba odejść by powrócić
 4. Zasnąłeś
 5. Inaije
 6. Walc wieczorny
 7. Płomieniu drżyj
 8. Ajuonase
 9. Melancholy
10. Ndili bwino
11. Cichy zapada zmrok

Ocena: 8+/10

U niektórych nazwisko „Pospieszalski” wywoływać może reakcję skrajnie alergiczną. Dajmy sobie jednak spokój z publicystyką. Otóż rodzina, jako skrajnie wręcz muzykalna, potrafi ukazać światu prawdziwe perły. Tym razem trafiło na żonę Marcina Pospieszalskiego, Lidkę.

Na pociechę, informuję, że tutaj nie będzie ani łojenia w stylu Tymoteusza, ani tym bardziej Armii. Wręcz przeciwnie. Inaije to ciepły altpop z lekkimi ciągotami jazzowymi. Nawet nie altpop. Po prostu pop. Tylko, że będący jednocześnie fuzją kilku różnych gatunków: bo można znaleźć i fragmenty rapu (Ile razy trzeba odejść by powrócić z udziałem Mirka Kirczuka), rzeczonego bluesa w pierwszym kawałku, muzyki etnicznej (którą po prostu album wraz z jazzowymi wstawkami jest przesycony). Dobór tekstów też niezły: obok autorskich, mamy poezję polską i nawet co nieco z kultury afrykańskiej (Ndili bwino). Oczywiście, singiel powinien być reprezentatywną próbką twórczości artystki. Tutaj jest niby po części zgodnie z wymaganiami kanonu – lecz nie oddaje on tak naprawdę tygla, jakim jest ten album. To jednak, machnąć ręką. Ważniejsze jest co innego. Że nawet na Inaije widać, że Lidki nie trzeba retuszować, co biorąc pod uwagę obecny stan rynku, jest swego rodzaju ewenementem. Wokalistka udowadnia, że umie śpiewać i, co ważniejsze, ma piękną, ciepłą barwę głosu. Podobnie zresztą z instrumentami – słychać naturalne brzmienie, a elektronika, jeśli się pojawia, to nie w sposób nachalny. Gratulacje zresztą dla muzyków, bo sekcja dęta naprawdę robi wrażenie (inna rzecz, że jak się za to bierze znów fachowiec, to trudno o inną sytuację).

A teraz do zainteresowanych warstwą tekstową. Płyta stanowi żywy przykład na to, że można śpiewać o Bogu praktycznie bez mówienia o Nim (bo Bóg pojawia się wyraźnie tylko w jednym utworze. Który wspiął się na pierwsze miejsce listy przebojów Trójki). Czyli kolejny dowód na to, że na świecie jest miejsce na muzykę chrześcijańską, która nie jest w lirykach przesadzona. Molto, molto bene…

Płyta wywołuje automatyczne (przynajmniej u mnie) skojarzenia z twórczością Anny Marii Jopek. Ale jak najbardziej pozytywne, bo ich twórczość to po prostu dwa różne spojrzenia na ten sam problem muzyki. Oba równie ważne. Tylko, że kiedy Jopek ląduje w wypracowanym śpiewaniu relaksacyjnego jazzu, Pospieszalska prezentuje trochę więcej energii. Miło patrzeć, jak naprawdę porządna produkcja jest wypracowana dla porządnej wokalistki, a nie plastikowej lalki typu Paris Hilton. Krótko mówiąc: może nie objawienie, ale płyta zdecydowanie warta tych trzydziestu złotych. Miejmy nadzieję, że na jednym albumie się nie skończy. Plus za przepiękną końcówkę. Zakochać się idzie w tej interpretacji.

f!eld

%d blogerów lubi to: