Przeskocz nawigację


  1. Flame
  2. Beg
  3. Push the River
  4. Smokehouse
  5. Forever Return
  6. Crucial
  7. You
  8. Train
  9. Clear
10. Straight into the Heart
11. Dove

Ocena: 7/10

Tak sobie własnie słucham i stwierdzam, że to doskonały moment na poświęcenie redaktorskiej uwagi Lisbeth Scott. Przedświąteczny wieczór z głosem Lisbeth sprawia, że nawet przestaje się nam tęsknić za kolędami i pewnie nie pomylił się Paul Schwartz przyjmując tę panią jako główną wyrazicielkę linii wokalnych swych projektów. To sprawia, że jej solowe albumy giną w cieniu „State of Grace”. Jednakże uważni fani „Kronik z Narnii” w mig pojmą, że to autorka jednej z pieśni ścieżki (utwór „Where”). Dość biografomanii.

Takie płyty pozwalają wierzyć w „dobry pop”, choć z tym dobrym popem to jak z miłością od pierwszego wejrzenia – jedni wierzą, jedni nie. Inni natychmiast zmienią tabliczkę na szufladce na „female vocalists”. „Dove” to jednak momenty, w których można mieć etykietki gdzieś, bo do głosu dochodzi szczerość. Po prostu słuchamy pięknych, płynących prosto z serca utworów. Można poczuć się jak na koncercie, gdzie kobieta z gitarą (lub za fortepianem) śpiewa wprost o tym co jej w duszy gra. Lisbeth Scott słynie z miłosnych i wysokich treści swej muzyki, ale jak wspomniałem bez najmniejszej przesady. Blisko tej muzyce do twórczości Sary McLachlan.

Pod względem muzycznym album to bardzo prosty i niewymagający. Jest cicho, ciepło, lirycznie… rozkoszne skrzypki kołyszą niczym pociąg w „Train” (jeden z moich faworytów na albumie). Nieco folkowo robi się w „Push the River”. Natomiast najbardziej w pamięć zapada melodia „Beg”, a „Clear” zdecydowanie ożywia atmosferę gitarami. Urok fortepianowej opowieści bije też z tytułowego „Dove”…

Należy mieć świadomość z czym ma się do czynienia, dlatego jeśli ktoś szuka muzycznych fajerwerków, nowatorstwa czy muzycznej rewolty, to nie tutaj. Wyłącznie dla miłośników szczerej kobiecej muzyki i wszystkich wyczulonych na niuanse romantycznych, leniwych nastrojów.

Ver.

%d blogerów lubi to: