Przeskocz nawigację


1. Prologue
2. The Mummer’s Dance
3. Skellig
4. Marco Polo
5. The Highwayman
6. La Serenissima
7. Night Ride Across the Caucasus
8. Dante’s Prayer

Ocena: 10/10

A zatem podjąłem się. Pierwszy album Loreeny McKennit recenzowany normalnie u nas – i, co najgorsze – najtrudniejszy, najbardziej chyba wymagający… Może tylko niewiele bardziej od The Mask and the Mirror, ale – co podkreślam – tylko niewiele. Tak, mamy do czynienia z fenomenem, czymś, czego nie udało mi się do tej pory rozwikłać, a co uzależnia, pociąga i inspiruje coraz to kolejnych słuchaczy.

Małgorzata Skibińska, autorka erudycyjnej analizy twórczości Loreeny, bardzo akcentowała jej ciekawość świata i wieczne poszukiwanie inspiracji – sił w nowym, nieodkrytym. Tutaj także słychać to prawie na każdym kroku. Mamy istny tygiel kulturowy – otwierający album prolog – uwertura do ekstatycznego, pełnego radości „The Mummer’s Dance”, które już wykazuje – w instrumentarium – nietypowe, bardziej wschodnie motywy. Dalej jest jeszcze ciekawiej, jeszcze bardziej złożenie. Skellig jako typowa inspiracja irlandzką muzyką i – dalej – folk już mniej klasyczny w swoim stylu – Marco Polo – a zatem wtręty znów wschodnie. I nagle z tego układu przebija się poemat… Nie jest to folk, nie jest to muzyka klasyczna. Właściwie można by to zaliczyć do nurtu poezji śpiewanej i nie byłoby żadnego problemu – bo i poemat to, i wyczucie dramatyzmu. Loreenie jednak daleko jest do Janusza Radka, przypomina bardziej natchnionego barda, aojda greckiego, który śpiewa stary poemat epicki… i to uczucie też się doskonale przebija, a w kulminacyjnym momencie porywa słuchacza i każe wołać o więcej… bo i historia się nie kończy, choć bohater ginie…

Potem? potem chwila wytchnienia – La Serenissima – piękny, delikatny utwór, niczym kołysanka, który koi i uspokaja po burzliwym The Highwayman. A na sam koniec dwie najpotężniejsze – choć „tylko” siedmiominutowe kompozycje – Night Ride Across the Caucasus i Dante’s Prayer. To pierwsze – tak pełne tęsknoty, dające faktycznie wrażenie lotu nocą nad stepami – głuche bębny i tęskny głos pieśniarki. Tak, pieśniarki, bo piosenkarka sprawia tutaj wrażenie obraźliwego i nie nie na miejscu. I, zamykające album, delikatne, jak to określił Versatis, „haunting” – Dante’s Prayer. Z delikatnym, pełnym nadziei „Please, remember me…”

W czym zatem właściwie tkwiłby fenomen tego albumu? Przede wszystkim chyba w tym, że Loreena łączy umiejętnie pozornie różne światy – a zatem chłodną od bryzy, irlandzką ziemię, rozgrzane stepy i wreszcie upalne Włochy – a zarazem łączy i romantyzm i renesans i nawet średniowiecze. To wszystko składa się na podróż, której się nie zapomina, a po przebyciu której chce się ją odbyć jeszcze raz. Bo obrazy wymalowane przez Kanadyjkę porywają swoją plastycznością, jasnością i przepiękną, krystaliczną i ciepłą barwą głosu. Tak… głos… Naprawdę, „haunting”.

f!eld

%d blogerów lubi to: