Przeskocz nawigację


  1. De merveilles
  2. Syunikiss second deuil
  3. Vers elle-a l’interieur d’un moment vide du temps
  4. ILLUMINATI
  5. Brise
  6.
Eege-sugisarishi kaze to tomo ni
  7. Au revoir
  8. Je te veux
  9. S-CONSCIOUS
10. Le Ciel
11. Serenade au clair de lune
12. Bois de merveilles

Ocena: 9/10

Żeby dać wam pojęcie o tym, co grają Malice Mizer, podam następujące etapy myślenia. Wyobraźcie sobie Cradle of Filth. Macie? Teraz wyrzućcie stamtąd Daniego. Macie? Wstawcie na jego miejsce kogoś o prezencji Michała Wiśniewskiego w wersji gothic-lolita i dysponującego barwą głosu Alexandra Veljanova (Deine Lakaien). Macie? Dobrze, teraz jednemu z muzyków (obojętnie, któremu) zabierzcie instrument i każcie grać na skrzypcach. A, i przebierzcie go za kobietę tak, żeby nie było widać różnicy. W przybliżeniu macie Malice Mizer.

Różnica zasadnicza zawiera się jednak w tym, że o ile Cradle of Filth mogłoby towrzyć muzykę do horroru, to muzyka Malice Mizer brzmi jak rasowy soundtrack z Czarodziejki z Księżyca. He he…

No dobra, a teraz juz dokładnie. To, co nam Japończycy serwują na płycie nie da się inaczej określić, jak japońskie disco inspirowane silnie metalem i gotykiem. Problem leży w tym, że to electro disco leży lata świetlne od swojskiego Boys, czy Milano. Z drugiej jednak strony skojarzenia są tak nachalne, że czasem aż wstyd to puszczać. Muzyka jest jednak chwytliwa, inspirowana miejscami klasycznymi utworami (jak Bois de merveilles), zrobiona ze smakiem i – co najważniejsze – pełna niespodzianek (jak dziwna budowa Syunikiss second dueil – w połowie utwór zamiera, jakieś pół minuty to ptaszki, a potem atakuje ze zdwojoną siłą).

Za nie-byciem ortodoksyjnym disco przemawia też fakt, że teledyski są – mówiąc delikatnie – nienormalne. ILLUMINATI wyglądają tak, że Kredki rzeczywiście miałyby czego zazdrościć Malice Mizer – seks, sado-maso i krew na prawo i lewo, podlane tak psychodelicznymi kolorami (różowy jest wszędzie!), że aż głowa boli. Na uwagę zasługuje też świetny głos Gackta – co prawda nie ma kompletnie różnicy, po jakiemu on śpiewa (jest to w większości japoński – ale mam też podejrzenia co do francuskiego i angielskiego…), ale w gruncie rzeczy jego głos można traktować jako kolejny instrument. A instrumenty świetnie tu sobie poczynają – i przy prawie trashowatym S-CONSCIOUS, i przy balladzie Le Ciel.

Owszem, Malice Mizer to przejaw typowego japońskiego produkcjonizmu gothic-lolitowego i w dodatku maksymalnie kiczowatego, jednak energii, jaka towarzyszy nagraniom, brakuje większości zespołów z Europy. Muzyka jest fantastyczna i, jeśli tylko patrzeć z przymrużeniem oka na to wszystko, to można odkryć naprawdę piękny świat w tych melodyjkach. Dziewiątka bezapelacyjnie.

f!eld

%d blogerów lubi to: