Przeskocz nawigację


  1. Soulsick
  2. Butterfly FX
  3. Can’t Bee
  4. Lustmord
  5. Self Abuse
  6. I am the Eternal Spectator
  7. Soulitary Vice
  8. Disappear Here
  9. Adaptables
10. Angelizer
11. Tired
12. K

Ocena: 9/10

To, co nam serwuje Moonspell na tym albumie, można by nazwać studium regularnej psychozy. Nawiasem mówiąc – nie oczekujcie ode mnie bycia ekspertem w tej dziedzinie, Butterfly Effect to pierwszy album Moonspella, jaki usłyszałem… I mnie zwaliło z nóg.

Już nawet nie wgłębiam się w to, co oni grają. Zresztą – jak dostaję nową płytę, to działam według następującego schematu: puszczam płytę i zajmuję się czymś innym. W momencie, kiedy zauważam, że nie mogę się skupić na tym, co robię, to znaczy, że albo płyta jest tragiczna, albo rewelacyjna. Oczywiście, Moonspell wylądował w drugiej szufladce. Co prawda, to prawda, rozproszyło mnie ostatecznie K, ale do tego dojdziemy.

Na początku zaczyna się, jak typowy, zmanierowany zespół gotycki/doomowy po przejściach. Mamy zatem dość ostre Soulsick, potem równie psychodeliczne Butterfly FX. Troszkę potem delikatniej, lekko tiamatowo-paradise’owe wtręty w Can’t Bee i znów jedziemy w stronę kilkudziesięciu ton (Lustmord). Oczywiście należy wspomnieć o wokaliście, który buduje klimat nawet lepiej, niż te gitarki i elektronika. Powydziera się w Lustmord, posmęci w Can’t Bee… Zachowuje się, jak należy. I wychodzi mu to z wdziękiem, bezpretensjonalnie.

Problemy się zaczynają przy Self Abuse. No, fajnie, fajnie, ale jest to już wyjątkowo zakręcony utwór. Trochę mi zajęło rozgryzienie, o co chodzi, gdyż były to dość rzeźnickie 4 minuty. Potem I am… i tak sobie lecimy, przez lekkie i cięższe fragmenty, by skończyć na K. A, przepraszam. Jeszcze dwa słowa o Angelizer: rzeź wokalna i chaos. W najlepszym wykonaniu. Jeszcze nigdy nie słyszałem chyba tak czystego darcia się…

No dobra, K. Moja perełka. Typowo progresywne podejście – najpierw mamy nawet jakieś szczątki melodii, trochę taki zapętleń, a potem… No cóż, od połowy nie bardzo wiadomo, o co chodzi. Urywane dźwięki, atmosfera klaustrofobii… W gruncie rzeczy robiło mi się duszno pod koniec utworu. Jest strasznie, jak w porządnym horrorze. Efekcik motyla niczego sobie. Zatrzepotał skrzydełkami na początku, wywołał piekło na końcu. Piekło w najlepszym wykonaniu – zgłębienie szaleństwa umysłów muzyków z Portugalii to dość duże wyzwanie. Ale może opłacić. Spać się po tym długo nie da, a zatem płyta wywołuje emocje. I to jakie…

f!eld

%d blogerów lubi to: