Przeskocz nawigację


  1. Elvenpath
  2. Beauty and the Beast
  3. The Carpenter
  4. Astral Romance
  5. Angels Fall First
  6. Tutankhamen
  7. Nymphomaniac Fantasia
  8. Know Why the Nightingale Sings
  Lappi:
  9. Eramaajärvi
10. Witchdrums
11. This Moment Is Eternity
12. Etiainen

Bonus:
13. Once Upon a Troubador
14. A Return to the Sea

Ocena: 7/10

Za pierwszym razem mnie odrzuciło.

Za drugim też.

A za trzecim podejściem zdałem sobie sprawę, że chcę usłyszeć Nightwisha takiego, jaki był na Oceanborn i Wishmaster. Wtedy też szybko otrzeźwiałem i zauważyłem, że początki mogą być równe. Po dłuższym zastanowieniu udałem, że nie znam twórczości zespołu. I okazało się, że może być nieźle, a nawet rewelacyjnie. Miejscami.

Nightwish, wydając Angels Fall First, miał dość krępującą sytuację. Stali jedną nogą w metalu, drugą w neofolku. Ta „metalowa” część zespołu wyraźnie się dusiła i starała zrobić coś, czego w gruncie rzeczy nie była w stanie (m. in. dlatego, że nie było basisty) – raz się miotali pomiędzy rozpaczliwym gotykiem/doomem (The Carpenter, Nymphomaniac Fantasia), to lądowali w tandetnym power-metalu spod znaku… pominę, bo fani mnie zabiją ;) (Tutankhamen, Know…). W końcu jednak kilka utworów dało kształt Nightwisha późniejszego. Jednym z nich było Elvenpath, gdzie Tarja pokazała, na co można stać nastolatkę, gdy jest się zdeterminowaną zrobić coś porządnego. Rzecz w tym, że fanów Wishmastera, czy Oceanborna ten wokal odrzuci – jest nieociosany, toporny, bardziej Sharonowato-den-Adelowaty, niż w stylu Simone Simons. Jest to bardziej wycie z serca, niż pianie operowe (pardon my french…). Wokal jest niski, gardłowy. To jeszcze nie wykrystalizowany sopran. Ale widać potencjał i ten potencjał chwyta.

Wspominałem o gotyku i doomie. Nie wiedzieć czemu, w tych gatunkach bardzo popularne są duety mężczyzna + kobieta (albo, jak to określiła jedna z koleżanek – żaba plus anioł). No cóż, tutaj mamy nie żabę, a ropucha i to gorszego sortu. Klawiszowiec grupy miał ambicje pośpiewać i wyszło różnie. The Carpenter nie da się słuchać (podobnie jak i nie da się oglądać za specjalnie nakręconego specjalnie na tę okazję teledysku…), Astral Romance i Beauty & the Beast jeszcze ujdą. Bogu dzięki jednak, że do kolejnego albumu wokalista ostał się tylko jeden i był płci pięknej. Inaczej kariera Finów mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej. Jest też jeszcze jedna wpadka w postaci Nymphomaniac Fantasia z kretyńskim tekstem i beznadziejną melodią. Know… też niezbyt zachwyca – niby utwór jest fajny, ale jak mam być szczery, to czegoś mi brakuje. Chyba właśnie tego basu, bo jest za lekko i zbyt to przelatuje. Rytmu prawie nie czuć.

Tytułowy utwór nie rozczarowuje – jest dobrze, chwytliwa ballada, którą się miło nuci pod nosem…

Neofolkowe akcenty to np. wstawki egipskie w Tutankhamen (i niech mi nikt nie mówi, ze neofolk stoi muzyką tylko celtycką i skandynawską, bo zaraz puszczę blackmetalowy Satariel i pogadamy :P) i – moim zdaniem najmocniejszy punkt na płycie – Lappi. Tarja śpeiwa po fińsku, nadając rewelacyjną atmosferę. Trudno ja określić – to trzeba wysłuchać. Prawie akustyczne utwory, pięknie wprawiające w melancholijny nastrój…

Gorzej z bonus-trackami. A Return to the Sea nudzi, chociaż po ostrym przearanżowaniu może by wyszło z tego coś ciekawego, a OUAT to niezła ballada… Tylko, że wpada jednym, wypada drugim uchem. Ale i tak miło się tego słucha.

Reasumując: album niezły, lepszy byłby chyba „po przejściach” (może kiedyś muzycy się skuszą na nagranie go ponownie…?), ale widać energię Nightwisha. Tylko ten wokal coś tak uwiera w mózg… No, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dziewczynka popracowała i… Ale to już inna historia i opowiemy ją innym razem ;)

f!eld

%d blogerów lubi to: