Przeskocz nawigację


  1. Stargazers
  2. Gethsemane
  3. Devil and the Deep Dark Ocean
  4. Sacrament of Wilderness
  5. Passion and the Opera
  6. Swanheart
  7. Moondance
  8. The Riddler
  9. The Pharaoh Sails to Orion
10. Walking in the Air
11. Sleeping Sun

Ocena: 5/10

Trudno jest napisać w roku 2006 recenzje albumu z roku 1998, z tej choćby przyczyny, ze w wielu przypadkach zespół wydał już kilka innych płyt. Wtedy podświadomie porównuje się wcześniejszą płytę do późniejszych. Tak też jest w przypadku Oceanborn Nightwisha, choć zrobię co w mej mocy by pisząc tę recenzję udawać, że Nightwish wydał dotąd tylko Angels Fall First.

Przede wszystkim, co może wyda się dziwne, uważam, że ten album jest mniej dojrzały od AFF. To co mi się rzuca w uszy na samym początku, jest to, że dwa pierwsze utwory, to jest „Stargazers” i „Gethsemane” są do siebie bardzo podobne, rzekłbym na jedno kopyto. Nigdy ich nie umiałem odróżnić. Następny utwór, jest natomiast ni przypiął ni wypiął, do reszty. „Sacrament of Wilderness” ma natomiast jedyna dobra stronę, a jest nią partia klawesynu. Niestety po niej następuje jak dla mnie zbyt banalny riff. Następnie mamy perełkę na płycie, w postaci „Passion And The Opera”. Kawałek,nad którym swojego czasu się rozpływałem i chyba jedyny kawałek gdzie Tarja naprawdę pokazuje co umie. Do tego mamy prosty, lecz chwytliwy riff i fajny kwadratowy bas w tle. Utwór jak najbardziej najlepszy na całej płycie. Niestety kiedy już nabieram nadzieję na to, że album się rozkręci, trafiam na cukierkową balladke, po której po prostu musze się napić wody, bo mnie mdli… Następnie nieco żwawszy Moondance – dość jednak nudny i znowu pasuje do reszty płyty jak przyczepka do jaguara. Drugi kawałek ratujący album przed całkowitą klapą jest „The Riddler”, z naprawdę fajnym energetycznym wokalem, z dobrze pasującym do niego riffem. Potem jest już coraz gorzej… „The Pharaoh…” mimo ciekawej partii klawiszy, traci przez wokal zarówno ten damski jak i męski. „Walking in The Air” jest po prostu gniotem, a „Sleeping Sun” jest znów zbyt cukierkowe.

Osobna sprawą zupełnie jest tak strasznie prostackie wydanie tej płyty, że mówiąc brzydko, żal dupę ściska. Widziałem DEMA zespołów zaczynających dopiero grać, których wydawnictwa były ładniejsze. Okładka ujdzie, ale książeczka jest beznadziejna, narysował ją jakiś domorosły grafik (fakt – jakaś znajoma Tumasa zajęła się i okładką i całą resztą… – przyp. f!eld). Aż mnie nosi jak na to patrzę. Więc lepiej jak już skończe na nią patrzeć…

Efektem czego otrzymujemy płyte niespójną, słuchając której wydaje mi się, że jest zrobiona na siłę. Porównując ją do AFF, bo przecież tylko ten album był przed Oceanborn, stwierdzam, że jest znacznie słabsza… Wiem, że tą ocena narażę sie wielu fanom Nightwish i dokonań Tuomasa Holopainena, ale nic nie poradzę, płyta jest słaba. Byłoby tylko 4, ale dam 5 ze względu na sentyment do niej, bo był to pierwszy album Finów jaki słyszałem…

prof. Grzegorz

%d blogerów lubi to: