Przeskocz nawigację


  1. Bless The Child
  2. End Of All Hope
  3. Dead To The World
  4. Ever Dream
  5. Slaying The Dreamer
  6. Forever Yours
  7. Ocean Soul
  8. Feel For You
  9. The Phantom Of The Opera
10. Beauty Of The Beast

Ocena: 10/10

Rzecz jasna moja recenzja nie będzie obiektywna, bo jak ma być?? Zresztą kto powiedział, że recenzja płyty taka ma być, chodzi o to, żeby przedstawić innym co się myśli o danej rzeczy, a jak wiadomo gusta są różne.

Zaczyna się ta płyta pięknym chórem, który rozwija się w genialny moim zdaniem sposób. Jest dużo, fajnych surowych gitar i tego, co najbardziej lubię w klawiszach Tuomasa. Mówię sobie zawsze, że jest to riff na klawiszach. Nie wiem jak on to robi, ale efekt jest przewspaniały. „Bless The Child”, moim zdaniem utwór kultowy, idealnie wyważony, melodyjny i – gdzie trzeba jest i cisza. Od samego początku zatem płyta zapiera dech. Koniec tego kawałka płynnie przechodzi w „End Of All Hope”, następny rarytas. Tak samo ma się rzecz z trzecim utworem, gdzie słyszymy po raz pierwszy Marco Hietale i jego przepity, surowy głos. Potem jakby dla wytchnienia „Ever Dream”, rzecz piękna i spokojna, choć do czasu, znowu olśniewa „klawiszowy riff”, jednak jest to utwór jak na razie najspokojniejszy na płycie. I zaraz potem słodycz się kończy i zaczyna się ból. Gitara dźwiękiem przypominająca mi nieoheblowane drewno, świadomie drażni zmysły. Z książeczki dowiaduję się, że palce maczał w tym Erno, co słychać wyraźnie. No i znowu wokal Marco, jeszcze bardziej demoniczny, zupełny kontrast do Tarji, a jak wiadomo, kontrasty w muzyce zawsze się sprawdzały. Znów dla osłodzenia zmysłów po tym, co się działo na „Slaying The Dreamer”, wysłuchamy balladki „Forever Yours” z pięknym tekstem. Nie jest jednak to tak słodki utwór, żeby wymagał popity. Następny kawałek też nie grzeszy ostrością, jednak może się pochwalić świetnym refrenem. Jednak jego rolą jest chyba przygotowanie słuchacza na to co nastąpi za chwilę. „Feel For You” zabija zarówno ostrym basem Marco jak i jego głosem. A zaraz potem legendarne „The Phantom Of The Opera”. Klawisze, wokal, gitara, coś niesamowitego. Ale to jeszcze nie wszystko co ma dla nas Tuomas i jego paczka tego wieczoru… Mój faworyt, bite dziesięć minut kwintesencji tego co lubię w Nightwish. Jest i orkiestra i „klawiszowy riff” i gitarowy riff i Tarja w najlepszej formie. Dziesięć minut ulatuje nie wiadomo gdzie. Jeśli czekacie na przystanku na tramwaj bądź autobus, albo na cokolwiek i macie akurat wolne dziesięć minut i odtwarzacz muzyki pod ręka to jest to idealna okoliczność do posłuchania sobie „Beauty Of The Beast”, idealnego zakończenia albumu…

Tak, jest to stanowczo najlepsza płyta w dorobku Nightwish, oczywiście Once też jest wyśmienitym albumem, ale to nie to. Nie ten wokal, nie ta świeżość. Wydaje się że Tuomas miał mnóstwo pomysłów na dobry album i brakowało mu tylko możliwości, żeby te pomysły zrealizować. Okazja się przydarzyła, gdy Tuomas zaangażował do zespołu Marco, który wniósł do zespołu mnóstwo potencjału.

Z albumu aż bije dojrzałością, ale jednocześnie świeżością. Można tą płytą wietrzyć sobie w pokoju :) Jest idealnie wyważona, jest ostro, spokojnie, słodko i wręcz surowo, dokładnie tam gdzie trzeba. Idealny czas nagrania, nie męczy, a nawet pozostawia lekki niedosyt. Z pełną odpowiedzialnością 10 bo jest to kamień milowy nie tylko Nightwish, ale i całego metalu, po tej płycie już nic nie będzie takie same…

prof. Grzegorz

%d blogerów lubi to: