Przeskocz nawigację

]
1. In the Mist She Was Standing
2. Under the Weeping Moon
3. Silhouette
4. Forest of October
5. The Twilight Is My Robe
6. Requiem
7. The Apostle In Triumph
8*. Into the Frost of Winter

Ocena: 7/10

Ciężka sprawa napisać obiektywną recenzję tej płyty… Z tej choćby przyczyny, że jest to pierwszy longplay Szwedów, wydany oryginalnie w roku 1995, a po pięciu latach, wydany ponownie, przy czym w reedycji dostajemy gratis „Into The Frost Of Winter” z sesji nagraniowej z’92, a jak wiemy Opeth ma na koncie o wiele chlubniejsze i lepsze płyty.

Oczywiście nie możemy ich przeklinać za tą płytę, bo jest to debiut, a jeśli tak na to patrzeć, to jest to chyba najlepszy debiut jaki słyszałem w życiu. Album jest niezwykle nowatorski i tak naprawdę sporo czasu upłynęło zanim ludzie zorientowali sie o co tak naprawdę Mikaelowi i reszcie chodzi. Jak czytamy w dość ubogiej książeczce reedycji tego krążka, zespoły na których brzmieniach opierał sie Opeth to: KATATONIA, EMPEROR, AT THE GATES, ASPHYX, EDGE OF SANITY, DISSECTION, THERION i ETHNOCIDE. W tej płycie na pewno dobrze słychać dwie pierwsze kapele, smutek i agresja…

Utworem zupełnie nie pasującym do całości jest Silhuouette. Tylko i wyłącznie klawisze. Cała płyta jest swoistą przeplatanką. Dwa utwory ciężkie i mocne, jeden delikatny instrumentalny, znowu dwa cięższe i znów instrumentalny, poczym znowu dwa ( liczmy z bonusem ) ciężkie. Czasy piosenek już ostrzegają do czego zespół jest zdolny, co doskonale pokażą na Morningrise, która to płyta ma tylko 5 kawałków, choć trwa prawie godzinę…

Na bonus w postaci „Into The Frost Of Winter” patrzymy tylko jako na ciekawostkę, bo jakość tego nagrania jest dosyć żenująca, choć jak głosi notka napisana przez samego lidera Opeth, nagranie pochodzi z „Sesji nagraniowej”.

Album jest dość chaotyczny i niespójny, co można usprawiedliwić tym, że w dużym stopniu składa sie z riffów, które powstały dużo wcześniej, oraz z tych zupełnie nowych co doskonale słychać. W porównaniu z późniejszymi płytami słabe też jest brzmienie tego krążka. Za to dostajemy poważny zastrzyk niebanalnej świeżości i jak na debiut dość sporej dojrzałości muzycznej.

Doskonały debiut. Ta płyta musiała pokazać wydawcy, że warto jest inwestować w Opeth, bo wyrośnie z nich coś niezwykłego, tak też sie stało, choć Opeth jest teraz dość niszowym zespołem, to jednak bardzo szanowanym. Patrząc przez pryzmat późniejszych płyt Szwedów Orchid jest słabiutkie, ale jest to zupełnie nowa droga w death metalu. Bardzo mocna siódemka.

prof. Grzegorz

%d blogerów lubi to: