Przeskocz nawigację

  1. Christe Redemptor
  2. Agnus Dei
  3. Beams of Heaven
  4. Center of the Heart
  5. Lux Aeterna
  6. …et lux perpetua
  7. To You
  8. Listen
  9. Somnium
10. Salve Regina
11. Soledad

Ocena: 6/10

Ambiwalencja. Skrajne odczucia. Już sam nie wiem czy Schwartz ze swoją muzyką gwarantuje słuchaczowi stan duchowej harmonii czy wręcz przeciwnie. Nie pomyliłem się stwierdzając, że State of Grace od pierwszego albumu spod tego szyldu ustawiło sobie poprzeczkę na poziomie przeciętnym (przeciętnym jak na świetnego twórcę), której wydaje się, nie chce pokonać. Szkoda.

Część trzecia sakralno-mydlanej odsłony Paula Schwartza to całkowita kalka debiutu. Choćbym chciał podciągnąć schemat doboru utworów pod wyważony kanon klasycznych kantat to nie mogę tego uczynić, gdyż autor nie skorzystał z okazji zabłyśnięcia na innych płaszczyznach. Nie ma tu nic czego byśmy nie znali z wcześniejszych dokonań. Czuję się zamknięty w przedsionku katedry na dobre, bez widoków na ołtarz. Odźwierny poszedł już spać.

Nie można odmówić tej muzyce piękna, można pochwalić doskonałą produkcję i zawsze perfekcyjne aranżacje. Nie ma miejsca na zdradę wypracowanej stylistyki na rzecz zbyt nachalnej elektroniki czy ascetycznej stagnacji. Ale to chyba za mało. „Christe Redemptor”, jakkolwiek niezłe, nie budzi zachwytu. „Agnus Dei” to powtórka w stylu „Miserere”, „Soledad” przyjemny duet skrzypiec i fortepianu, który też już mieliśmy wcześniej dwa razy; a „Somnium” czyli ambientowe „Christe Redemptor” wręcz osłabia jako klon „Angelica”, która parafrazowała z kolei „Veni Redemptor Gentium” na State of Grace I – tego już za wiele.

Podobnie jest z orkiestrową suitą światła „Lux Aeterna / …et lux perpetua” (stylistycznie siostrzane dla „Auguries of Innocence”) jednak ta wyjątkowo mi się podoba, zwłaszcza jej druga część. Nigdy dość porywającej orkiestry z doborową sekcją perkusyjną. Ku memu zaskoczeniu nie miałem odrzutów przy prostym „To You” – aż dziw bierze, że nie ma się pokus by skazać ten kawałek na repertuar koncertu życzeń (choć nadaje się idealnie). To jednak chyba zasługa kameralnego wykonania i Lisbeth Scott. Może takie utwory to osobne zjawisko w dorobku artysty: niby piosenkowa kompozycja, wykonana jednak na instrumentarium klasycznym bez udziału techniki, w treści uduchowiona, w odbiorze bezpośrednia. Czyż nie to właśnie zachwyca ludzi w muzyce gospel?

Cóż z tego, że produkcja idealna, cóż z tego, że anielskie nastroje, a „Salve Regina” piękna… Kolejny razy Paul Schwartz zaparł się szansy rzucenia sobie wyzwania.

Ver.

%d blogerów lubi to: