Przeskocz nawigację


  1. Campus Stella (Field of Stars)
  2. Through the Seas of Life
  3. Pilgrimage
  4. Land of Ecstasy
  5. Rain or Shine
  6. Ceremony
  7. Dark Skies
  8. Iberia
  9. Path to the Invisible

Ocena: 8/10

Jest coś niezwykłego w takich albumach. Pojawiają się znikąd, egzystują po cichu na sklepowych półkach i słuch po nich ginie. Tak to bywa z projektami-jednego-albumu, ale bywa też tak, że impuls, który zapędził twórców do ich nagrania, wynikał z czegoś więcej niż mody, a pomysł okazuje się niezwykle trafionym. Choć niestety, nie posiadającym kontynuacji…

Pierwsze spotkanie z Pilgrimage to „Campus Stella” na składance muzyki znanej jako new-age (choć aktualnie odpychają mnie te różne pseudo-mistyczne bombonierki) – wydawało się, że to niewiele, żeński chórek, łaciński tekst i lekkie ambientowe tło z jaśniejącą po środku elektryczną gitarką. Całkiem ładne, to wszystko. Po zapoznaniu się z albumem nie było lepiej, a nawet gorzej. Żadnego wystrzałowego utworu, żadnych ekstatycznych chórów, jeden smęt. Ale co się okazało po pewnym czasie… że to właśnie niezwykły atut 9 Pieśni Ekstazy.

Po pierwsze album nabiera na znaczeniu z czasem, pozwala odkrywać się powoli. Elektronika jest subtelnie wyważona i nie wdziera się w głowę. Wyłania się koncept, którego twórcy konsekwentnie się trzymają – stawiają na dozę subtelnego ambient/electro, nie umniejszając nic średniowiecznym żeńskim chórkom, przywołującym scenerię jakiegoś cichego klasztoru gdzieś wśród lasów, a wykonanych przez New London Consort pod wokalnym przewodnictwem sopranu Catherine Bott (bliskiego barwą Syrah Hausen z Qntal – zwłaszcza w „Land of Ecstasy” bazowanego na staroniemieckich partiach „Palästinalied”). Na czym więc polega specyfika Pilgrimage? Na pewno przyczynia się do niej spora dawka fortepianu (nieczęstego w średniowiecznych projektach) oraz doskonała szczypta pozostałych instrumentów takich jak np. wiolonczela czy gitary akustyczne. Druga płaszczyzna to melodie; po części ponadczasowe, tradycyjne, po części autorskie kompozycje.

Tytułowa ekstaza dokonuje się stopniowo wewnątrz bez rewolucji, a cały postęp albumu zdaje się odnosić bardziej do motywu pielgrzymki, którym ta muzyka jest osnuta. O ile po pierwszym przesłuchaniu „9 Songs of Ecstasy” nie dostałby więcej jak 5, to teraz z czystym sumieniem daję 8 z wyróżnieniem. Autorzy Simon Cloquet i Eric Calvi ustrzegli się taniej przeróbki muzyki średniowiecznej, a stworzyli unikalną odyseję, której skupiona, cienista aura potrafi jednak zachwycić.

Ver.

%d blogerów lubi to: